OPOWIEŚĆ Z KRETY. O POWROCIE DO DOMU Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
19.12.2011.
„Wędruje rzeka ptaków, skrzydlatych kobiet moc…” Kto by pomyślał, że ta pieśń, od lat przez nas śpiewana, w końcu się urzeczywistni i naprawdę razem polecimy – na słoneczną Kretę, do naszych źródeł, do korzeni, do początków. To było radosne zwieńczenie pewnego – rozpisanego na lata – etapu naszej wspólnej, duchowej podróży, dopełnienie warsztatów prowadzonych przez naszą duchową nauczycielkę i przewodniczkę Aniję Miłuńską. To dzięki niej przypomniałyśmy sobie, że jesteśmy córkami Matki Ziemi, Matki Życie. I że mamy dokąd powracać – do domu naszej wspólnej pamięci.

 

Do domu Matki

W homeryckim „Hymnie do Demeter” o Podwójnej Bogini, Demeter i Persefonie, mówi się tak: „Dostojne i czcigodne. Wśród ludzi żyjących na ziemi, zaiste szczęśliwy ten, komu one błogosławią i sprzyjają: rychło ślą Plutosa jako gościa do wielkiego domu, Plutosa, który ludziom śmiertelnym udziela dostatku”.

Jak bardzo prawdziwe to słowa, przekonałyśmy się podczas naszej wspólnej podróży na Kretę we wrześniu 2011 roku, w czasie jesiennego przesilenia. Podróży, która tak naprawdę była powrotem do domu Matki – Podwójnej Bogini.

Wedle starych przekazów Pani Demeter przywędrowała do Eleusis właśnie z Krety. Tam jej dom, tam jej jaskinia – ta pierwotna świątynia – tam początek opowieści o Matce i Córce.

Zainspirowało nas zdanie z książki Karla Kerenyiego, węgierskiego badacza, filologa i antropologa kultury: „To, co było tajemnicą w misteriach w Eleusis, tajemnicą, której nie było wolno zdradzać pod groźbą kary śmierci – na Krecie było jawne i wszystkim wiadome”. Pojechałyśmy zatem sprawdzić, co było jawne i czy nadal jest jawne. A jeśli tak, to dla kogo?

Może dla kogoś, kto potrafi czytać stare znaki? Kto nie zatrzymuje się na powierzchni mitu, lecz próbuje z uważną czułością odkrywać starsze warstwy opowieści spod tej narzuconej i przekazanej nam przez achajskich najeźdźców, ukształtowanej przez patriarchalne widzenie świata?

Była to zatem podróż w czasie i przestrzeni. Wędrówka do źródeł starej pamięci. Do źródeł kultury Starej Europy.

Pięć błękitnych samochodów już czeka na nas na lotnisku w Heraklionie. Dwadzieścia dwie kobiety ruszają w drogę – wolne jak ptaki!

Do źródeł minojskiej kultury

Według Mariji Gimbutas minojska Kreta przynależała do egejskiej cywilizacji boginicznej, obejmującej Kretę, małe wyspy, takie jak Thera i Cyklady, oraz południowe wybrzeże egejskie Morza Śródziemnego. Jej początki sięgają czasów neolitu, czyli 7 tys. p.n.e. Pozostała ona najdłużej wolna od wpływów indoeuropejskich najeźdźców, dzięki czemu mogła osiągnąć niebywale dojrzałą, a nawet wyrafinowaną formę. Stanowiła ostatni przyczółek Starej Europy, a także Anatolii, z którą ma liczne cechy wspólne, natomiast wykazuje rażące różnice w stosunku do Bliskiego Wschodu i Egiptu.

Nazwa „minojska kultura” została wprowadzona przez Evansa, poprzez odwołanie do legendarnego króla Minosa, który w odkrytych przez siebie kompleksach świątynnych zobaczył świat zbudowany per analogiam do pałacu Buckingham. Stąd etapy kultury minojskiej dzieli się, niefortunnie, na epoki: przedpałacową (2800–1900 p.n.e.); wczesnopałacową (1900–1700 p.n.e., zakończoną wybuchem wulkanu na Therze); późnopałacową (1700–1450/1400 p.n.e., czyli do pojawienia się Mykeńczyków) i wreszcie postpałacową (1400-1100 p.n.e., czyli do najazdu Dorów, którzy położyli kres tej pokojowej cywilizacji).

Według Nikolaosa Platona „Minojczycy stworzyli kulturę, której cechą charakterystyczną było umiłowanie życia i przyrody, oraz sztukę przesyconą wdziękiem i elegancją. Dzieła tej sztuki to miniaturki, wykonane pieczołowicie i z miłością (…). Dominującą jej cechą jest ruch, widoczny nawet w architekturze. Wszystkie te dzieła grają ku nam tonami hymnu do natury jako Bogini. To hymn radości życia”. Inny znakomity znawca tej kultury Karl Kerenyi dowodzi, że Minojczycy posiadali zdolność doświadczania życia jako TOTALNEJ EPIFANII BOGINI.

Choć od eksponatów w muzeum w Heraklionie oddziela nas szyba, przenikamy do środka. Czułym spojrzeniem obejmujemy kruche wazy i filiżanki w stylu Kamares, oplecione dynamicznymi, spiralnymi wzorami, wprawiamy w niezauważalny ruch glinianą dziewczynkę na huśtawce (to słynna, minojska Artemida) i kobiety tańczące w kręgu, zaglądamy do domku-świątyni, przez drzwiczki, przez okienko, a tam w środku przodkowie siedzą na ławach, na środku stół – jak do masażu – dla zmarłego. Śledzimy uważnie ekstatyczne skoki przez byka. Wijące się sploty węży na ramionach figurki Matki Potni. Postać adoranta, czciciela bogini, który w dłoniach trzyma ptaka. W złotych oczach Minotaura odbija się świat, który bezpowrotnie zginął. Czy rzeczywiście – bezpowrotnie?

W Starej Europie, zarówno na lądzie, jaki i na wyspach, mówiono wspólnym językiem lub kilkoma blisko spokrewnionymi, nieindoeuropejskimi językami. To być może wyjaśnia powody, dla których nie rozszyfrowano do dzisiaj ani tzw. pisma linearnego A, ani tzw. hieroglifów minojskich. Pismo linearne B pojawiło się dopiero ok. 1450 p.n.e., kiedy wyspę opanowali Achajowie. Uznawane za protogrekę, zostało odczytane. Ku wielkiemu rozczarowaniu badaczy skrywało jednak tylko zapiski ekonomiczne. Czy zatem to do dziś nie odczytane pismo A służyło „wyższym”, duchowym celom, jak chcą niektórzy? Tak czy owak – jedno wiemy na pewno. Nie mamy bezpośredniego dostępu do mitów i opowieści opowiadanych z perspektywy rdzennych mieszkańców Krety, a jedynie jej najeźdźców.

Czy to oznacza jednak, że ta stara pamięć zaginęła? Bezpowrotnie?

W Wąwozie Wielkiej Matki

Pierwszym miejscem na Krecie, do jakiego zaprowadziła nas Anija, był Wąwóz Wielkiej Matki.

„Tam… żywa jest ziemia i skały, słońce i morze, i wszystko jest w nich zapisane – w starej pamięci tego miejsca. Kiedy wejdziesz od strony morza i będziesz wędrowała w ciszy, nasłuchując, coraz głębiej i głębiej, wtedy jakieś miejsce zatrzyma cię, jeśli go nie przegapisz, jeśli zaufasz temu, co czujesz, jeśli będziesz uważnie nasłuchiwała… będziesz mogła ożywić fragment starej pamięci, maleńki okruch, ziarenko schowane w skale…”.

I była wśród nich kobieta, do której przychodziły pieśni. I była wśród nich kobieta, do której przychodziły historie. Jedna z nich wędrowała w górę, coraz wyżej i wyżej. Druga wędrowała w dół, coraz niżej i niżej… Ta pierwsza na swej drodze znalazła malutką jaskinię i zatrzymała się.

Ta druga napotkała wielki głaz, a na nim piramidkę z małych kamyków – znak dla wędrowca. Tak, to jest to miejsce, pomyślała.

Pierwsza usiadła tyłem do jaskini. Głębiej, usłyszała, głębiej! Lekko wcisnęła się głębiej. Głębiej! Strach ją obleciał. Przypomniały jej się wszystkie sny, w których przechodzi przez wąski przesmyk. Czy aby nie jestem za duża – pomyślała. Głębiej! Jeszcze jeden ruch, przechyliła głowę. Jej ciało pasowało do szczeliny.

Ta druga wdrapała się na głaz. Szerzej, usłyszała, szerzej! Kobieta otworzyła ramiona, otworzyła serce. Otworzyła oczy i uszy. Z obu stron otaczały ją skaliste ramiona wąwozu, miarowy dźwięk dzwoneczków pomykających kóz. A w górze – bezmiar nieba i lecące kruki. I wtedy poczuła, że jest maleńkim dzieckiem w ramionach Wielkiej Matki, drobnym pisklęciem pod skrzydłami Matki Ptaszycy. – Bogini, Wielka Matko… – wyszeptała. I czekała, co dalej nastąpi.

Pierwsza poczuła, że musi się odwrócić. Znalazła się w maleńkiej jaskini, maleńkiej świątyni. Od dawna nikt tutaj nie był – pomyślała – trzeba posprzątać. Zaczęła odgarniać pajęczyny, stare liście,. przed nią w skale mokra gliniasta ziemia, poczuła znajomy ciepły zapach.. Pokłoniła się. Pod palcami liście, grudki skał, bliskość. Podniosła głowę i zobaczyła przed sobą swoją matkę, tę, która rodzi.. I nagle wszystko stało się jasne. Ziemia, Wielka Matka, moja matka i ja. Jesteśmy jednym ciałem.. Z wdzięczności pojawiła się pieśń.. „O Matko, Matko ma..”

„Tak, to pieśń, na którą czekałam” – zawołała cicho druga. I zaczęła śpiewać: „Bogini, Wielka Matko...” Nagle usłyszała bęben. To Anija wzywa do powrotu! Pokłoniła się temu miejscu i rzekła do siebie: Nie mogę zapomnieć tej pieśni!” I wracając, śpiewała.

Pierwsza też pożegnała się z miejscem, podziękowała.. Nie mogła przestać śpiewać tej pieśni..

Kobiety stanęły naprzeciw siebie, wciąż śpiewając. „Ona śpiewa moją pieśń” – pomyślały jednocześnie. I zaraz potem śpiewały już razem, naprzemiennie: „Bogini, Wielka Matko, o matko, matko ma…”. A potem dołączyły się kolejne kobiety, i kolejne, i kolejne… I tak narodziła się pieśń w Wąwozie Wielkiej Matki.

I tak narodziła się ta opowieść.

Dotykam stopami

tak dawno was nie czułam

białe kamienie

jestem w domu

pamiętam każdy gest

każde spojrzenie

wróciłam

wróciłam

wróciłam

Po pierwsze, mleko-i-miód

Nie pojechałyśmy na Kretę z pustymi rękami. Wzięłyśmy ze sobą miód. To był nasz pierwszy dar. Wielokwiatowy, lipowy, akacjowy. Słoiczki z esencją słodyczy. Z miejsca, w którym się urodziłyśmy i żyjemy.

Dlaczego właśnie miód?

Po pierwsze dlatego, że tak właśnie – miodem, a nie krwawymi ofiarami ze zwierząt, jak to potem czynili Achajowie – Minojczycy czcili swoich przodków. I boginię. Amforę pełną miodu ofiarowano Pani Labiryntu. Pithos wypełniony miodem posłano do Jaskini Ejlejthyi w Amnissos.

Po drugie, w skrawkach kreteńskich mitów, których przebłyski przeświecają przez warstwę greckich opowieści, miód to zarówno pierwotne wody płodowe, pierwszy pokarm boskiego dziecka, jak i naturalne środowisko śmierci i odrodzenia. Tę archetypową sytuację – dziecka zanurzonego w miodzie – przejął grecki mit o Zeusie. Pięknie o tym pisze Kerenyi: „Pszczoły - jako dawczynie słodkiego pokarmu - w sposób naturalny stały się mamkami boskiego dziecka, które narodziło się w jaskini (…). Przez swój miód ofiarowały ludziom najpierwotniejszą błogość czystego istnienia – bytowania dziecka w łonie matki”.

Ale w miodzie zanurzano również ciała zmarłych, by kiedyś mogli się z niego odrodzić – pamięć tego starego rytu jest zapisana choćby w greckiej opowieści o Glaukosie, który w miodzie znalazł śmierć i jednocześnie odrodzenie…

Warto przy okazji wspomnieć, że na Krecie minojskiej obrządki pogrzebowe miały charakter wspólnotowy. Ciała zmarłych, w charakterystycznej pozycji płodowej, składano na podłodze grobowca, później szczątki (dwóch-trzech osób) zbierano do pithosów i larnaksów, czekając, aż pozostaną same kości, aby w kolejnym, „właściwym” obrzędzie złożyć je we wspólnotowym grobowcu - w domu przodków. Były to okrągłe grobowce zwane tholos tombos, w kształcie ula, z kopulastym, drewnianym lub kamiennym dachem i niskim, otwartym na wschód wejściem, przez które trzeba było wpełznąć do środka (podobne znaleziono w Anatolii, gdzie całe ogromne miasto Catalhujuk ma strukturę plastra miodu). Co oznacza, że zmarli są tu nie tylko zrównani, ale tez zjednoczeni w śmierci. Ich kości są połączone z kośćmi przodków. Żadnej potrzeby zachowania swojej „cielesnej tożsamości” po śmierci, żadnej potrzeby zabezpieczenia się na tamtym świecie mnogością dóbr i sprzętów, oznak wysokiej rangi, nie mówiąc już o sługach czy żonach, jakie musiały pójść do grobu wraz z wojem wikingów. To kompletnie inny sposób myślenia o życiu i śmierci niż ten, który kazał budować ogromne piramidy i balsamować ciało. A przecież nie zrodzony wcale z ascetyzmu i właściwej dla niego pogardy dla ciała, lecz wręcz przeciwnie - z totalnej afirmacji życia, cudownie cielesnego i słodkiego. Jak miód, którym karmiono żywych i umarłych.

Kiedy więc po raz pierwszy znalazłyśmy się w Jaskini Ejlejthyi, wiedziałyśmy, co trzeba, co warto zrobić: „Po pierwsze, mleko i miód, po wtóre przesłodkie wino, po trzecie wodę, na wszystko sypię mlewo białego jęczmienia…” W malutkiej miseczce miodu zatopione ziarenko jęczmienia z naszego poprzedniego, jesiennego misterium Demeter i Persefony. Powróciło do domu. Do Matki.

A pszczoły?

Były z nami od początku do końca tej niezwykłej podróży. Najpierw w muzeum w Heraklionie – malutki złoty wisiorek, od którego nie mogłyśmy oderwać oczu: dwie pszczoły, które wspólnie z nektaru tworzą plaster miodu. Okres wczesnominojski, 1700 r. p.n.e. Wizerunek Podwójnej Bogini, która z ciemności rodzi światło, ze śmierci – nowe życie.

Potem widziałyśmy je wszędzie. W ciemności jaskiń, na dnie pithosów, na obrysach minojskich pierścieni, w złotym, gęstym kreteńskim miodzie, któremu nie sposób było się oprzeć. Niejedna z nas kupiła sobie wisiorek z podwójnymi pszczołami u lokalnego jubilera. Żeby potem tam, już u siebie, nie zapomnieć.

Jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy tak jak Minojczycy postrzegali siebie jako pszczoły Bogini? Jak doświadczalibyśmy życia, śmierci i przemijania, gdybyśmy tak jak oni karmili miodem swoich przodków? Może miód – esencja słodyczy – powróciłby do nas w sposób zwielokrotniony?

Dar jest odpowiedzią na dar. Doświadczyłyśmy tego na Krecie. Kiedy przy stole, w rodzinnej tawernie, śpiewałyśmy z radością, na całe gardło, stare, gościnne Kretenki obdarowywały nas – zrobionymi specjalnie na tę okazję - pierożkami polanymi miodem, naręczami winogron, słodkim ouzo i innymi specjałami lokalnej kuchni… Bo – jak powiadały – już dawno nie spotkały tak szczęśliwych ludzi. Kiedy tańczyłyśmy na ulicy, w kręgu, młodzi Kreteńczycy obsypywali nas kwiatami, a zdumieni Holendrzy pytali, z czego, no z czego tak się cieszymy.

Z życia! Z życia po prostu!

Po drugie, czarna twarz Matki

Nie przyjechałyśmy na Kretę z pustymi rękami. Prócz miodu przywiozłyśmy drugi dar – wizerunek Czarnej Matki. Bez bagażu polskiej martyrologii i polskiego katolicyzmu. Twarz Matki, czarna jak Ziemia. Tu, na Krecie, pasowała jak ulał. Wyjęta z narodowego kontekstu, była świadectwem ciągłości. Starej pamięci. Starszej niż szwedzki potop.

Jest na Krecie maleńka jaskinia, która pamięta czasy neolitu. Ukryta w górach, strzeżona przez dzikie kozy. Niełatwo się do niej dostać. W białym kamieniu malutkie, ciemne drzwiczki żywej do dziś świątyni. Kiedyś śpiewano tu dla Bogini, dziś – dla Matki Boskiej. Na sklepionych ścianach, w półmroku, w blasku migoczących świec – obrazy Madonny z różnych stron świata. Wśród nich i nasz – czarna twarz Matki. Pasuje jak ulał. Podobnie jak wygrzebana z pamięci pieśń o Czarnej Madonnie.

Dobre miejsce, by poprosić o dziecko.

W górze, na dole – w jaskini, w świątyni

Gdzie jesteś, Ejlejthyjo, bogini mocy rodzenia, ty, która przychodzisz z pomocą kobietom rodzącym… Ile pokoleń kobiet wzywało tu imię Ejleithyi – przed nami?

Najpierw trzeba odbyć wędrówkę. Najlepiej przed świtem, gdy jeszcze ciemno. W górę, w górę, szlakiem tymianku, kozich bobków i kości. W towarzystwie ptaków. W dole połyskuje morze, „ciemne jak wino”.

Kiedy stoisz przed wejściem do jaskini, tej jaskini, masz nieodparte wrażenie, że już tu byłaś. Że już tu byłeś. Przecież znasz dobrze ten kształt, to otwarcie, tę pierwszą bramę. Joni Ziemi.

Wchodzisz do środka. Po lewej, zachodniej stronie, ciemno i wilgotno, po prawej, wschodniej – jasno i sucho. Pierwotny porządek, naturalna struktura, zapisana w ciele Ziemi. A w głębi znów szczelina, zapraszająca głębiej, jeszcze głębiej. To tu, o świcie, można przez chwilę zobaczyć, jak Słońce kocha się z Ziemią. Moment poruszający, nie do opisania.

Moc Rodzenia płynąca z połączenia - kobiecej i męskiej energii.

A potem trzeba zejść niżej, niżej, jeszcze niżej. U stóp góry ruiny. Ruiny czego? Pałaców?

Wszystko wskazuje na to – mówi Marija Gimbutas – że te ruiny są częścią dawnych zespołów świątynnych, które, co ciekawe, zawsze powstawały w pobliżu ważnej, świętej jaskini. To tu, na dole, odprawiano cyklicznie ceremonie, tu wyrabiano „święte przedmioty” – wspaniałą ceramikę, która służyła jako naczynia ofiarne, wykorzystywane później tam, w górze, w jaskini. To tam, w górze, nie gdzie indziej, odnaleziono kruchą filiżankę z pierwszym wizerunkiem tańczącej, wężowej Persefony. Z kolei na dole nie odnaleziono fundamentów murów obronnych. Może ich po prostu z założenia nie było. Za to w splątanej strukturze ruin dopatrzono się – idąc tropem greckich mitów i relacji awanturników w rodzaju Tezeusza – śladów słynnego labiryntu.

Dorothy Cameron, autorka książki „The Lady and the Bull”, analizując strukturę architektoniczną w Knossos, zwraca szczególną uwagę na rozbieżności pomiędzy zachodnim a wschodnim blokiem omawianego kompleksu.

W zachodnim skrzydle dominuje symbolika podwójnych siekier, czyli labrysów, oraz rogów byka, a także węży i owoców granatu. Są tu ciemne pomieszczenia z filarami – słupami, które przypominają stalagmity w jaskiniach. Uzasadnione są również skojarzenia z grobowcami. Wszystko wskazuje na to – zdaniem autorki – że w tej części odbywały się ceremonie śmierci i odrodzenia, ryty przejścia.

Wschodnie skrzydło, dla odmiany, jest wypełnione światłem i kolorami. W tak zwanym megaronie królowej dominują motywy spiralne, naczynia ofiarne z piersiami, delfiny, lilie i gryfy. Według interpretacji Cameron, w tej części odbywały się ceremonie związane z narodzinami i cyklami życia.

Tak sprawy się mają w zrekonstruowanym Knossos, gdzie beton udaje starożytny kamień, a odmalowane z rozmachem delfiny – minojskie freski.

Fajstos nie jest już tak widowiskowe, ale za to jakby bliższe prawdzie. Intrygująca kupa kamieni na tle pięknej doliny Messary.

Ari-adne, po nici do kłębka

Anija, niczym Ari-adne, prowadzi nas po niewidzialnej nici – do kłębka sensu labiryntu. Nie jest to dobrze widziane w miejscu, które zakłada tylko jeden prawidłowy sposób zwiedzania, zwieńczony pamiątkowym zdjęciem na tle martwych ruin. Ale co to dla nas, których przodkowie zdobywali wiedzę na tajnych kompletach!

Krążymy niczym duchy po skrzydle zachodnim. Meandrujące korytarze, które prowadzą do ciasnych pomieszczeń, baseny i magazyny, a w nich potężne pithosy. Wystarczy zamknąć oczy, by zobaczyć, jak w ciemności rodzi się obfitość, jak w miodzie zachodzi proces śmierci i odrodzenia.

A potem na wschód. Pomieszczenia już znacznie większe, przestronniejsze, warsztaty garncarskie i piec do wypalania. Wystarczy zamknąć oczy, by zobaczyć, jak życie pali się tu jasnym, mocnym płomieniem.

No dobrze, ale gdzie jest labirynt?

Niech głos zabierze jeszcze raz Karl Kerenyi: „.Korytarz w Knossos prowadzi do najważniejszego w pałacu źródła światła – dziedzińca wewnętrznego”. Odkryty plac taneczny w Knossos nazywano mianem „labiryntu”. Tańczono tam, ku chwale Pani Labiryntu, tańce spiralne – w których to tańcach, jak wiadomo, po dokonaniu pełnego obiegu, wracamy do punktu wyjścia. „Tym sposobem – twierdzi przekonująco Kerenyi - traci sens dzisiejsze przekonanie, że w labiryncie można stracić drogę”.

A zatem mit labiryntu jako pułapki i więzienia, w wersji opowieści o Tezeuszu i Ariadnie, jest dużo późniejszą, mykeńską wersją, która więcej mówi o kulturze wojowniczych najeźdźców i ich sposobach porządkowania podbitego świata niż o pierwotnym sensie minojskich ceremonii. Kim zatem mógł być Minotaur, księżycowy byk, syn bogini, tańczący w ciemnościach labiryntu? Kim był, zanim został tak okrutnie zamordowany przez bezlitosnego chłopaka z Aten?

To temat na inną, osobną opowieść.

Może tylko to pytanie: Gdzie jesteś, Minotaurze?

Echo się błąka w labiryncie, odpowiada dotkliwym brakiem…

Wędrówka po spirali

Ale wędrujemy dalej, w głąb, po spirali. Według Karla Kerenyiego labirynt to nic innego, jak właśnie wędrówka po spirali, a mówiąc dobitniej – ceremonia spirali: „To specyficzny układ linii, mający charakter ograniczonej, lecz niezamkniętej przestrzeni albo miejsca; sugeruje to określenie <Pani Labiryntu>. Konstrukcję tę można uznać za pomysłowy skrót nieskończonej spirali lub meandra na ograniczonej przestrzeni”.

Jednak już samo słowo „labyrinthos” ma pochodzenie późniejsze, greckie. W wersji minojskiej brzmiało zupełnie inaczej: „da-pu-ri-to”, co znaczy „droga ku światłu”. A zatem słynna Pani Labiryntu, w wersji minojskiej, to była w rzeczywistości „Da-pu-ri-to-jo-po-ti-ni-ja”. Pani, co z Ciemności prowadzi ku Światłu. Jedno z możliwych znaczeń imienia „Persefona”... I to jej właśnie, jeszcze w czasach mykeńskich, ofiarowano w jaskini amforę miodu.

Wystarczy zamknąć oczy, by to zobaczyć. Dwie kapłanki, dwie pszczoły bogini. O świcie. Jedna na górze, druga na dole. Jedna przed jaskinią Kamares, druga przed świątynią Fajstos. Łączą światło i ciemność, to, co jawne, i to, co ukryte. Śpiewają.

Na otwartym dziedzińcu, pod bokiem niespokojnych strażniczek, nasze stopy mimowolnie układają się w znajomy wzór – tańca labiryntu, tańca spirali. A ręce, te niesforne ręce, same się wznoszą w geście minojskich figurek z muzeum w Heraklionie. A także glinianych figurek ptasich bogiń, ulepionych dla nas czułą ręką Cristiny z Matali.

Ale to przecież tylko zwykły gest, nic więcej.

Dwa dni po powrocie…

Dwa dni po powrocie, w noc nowiu, kiedy utworzyliśmy z naszych ciał żywą Spiralę Przemijania, z ciemności popłynęła pieśń: „Z Ciemności wyroił się rój, złotych, złotych pszczół”.

Czyżby pszczoły powróciły wraz z nami? A może to my nimi jesteśmy?

Beata Frankowska, Monika Żelazek

Konsultacja: Anija Miłuńska

Z POWROTEM W DOMU

Przywitały mnie moje ukochane astry, nie liczyłam na to, że przetrwają do mojego powrotu, a tu one w wielkiej mnogości, w pełnym rozkwicie, w niezrównanym, wrześniowym słońcu, taka jestem szczęśliwa, że na mnie poczekały, bo jakże tak – wrzesień bez astrów? Błogie dni po powrocie, jeszcze na moście, między światami, pomiędzy Słoneczną Wyspą, co niegdyś była mi domem, a tym małym domkiem w północnej krainie, w moim ogrodzie, całkiem już poddanym jesieni. Poranna mgła wydobywa z ziemi ten najmocniejszy, niezrównany zapach przemijania, schowany w opadłych liściach, suchych badylach, rozkopanej ziemi. Wilgotnej i chłodnej, miękkiej, to zupełnie inny dotyk i woń odmienna od tamtej, na wyspie wygrzanej słońcem, gdzie suchy pył i twarde kamienie, zrywam ostatnie zioła, rozcieram w dłoniach liść geranium i znowu zalewa mnie ta fala wielkiego zadziwienia: a więc tak może pachnieć życie? Wykopuję buraki i marchew, korzenie ziemi, jak to możliwe, że światło stało się korzeniem, który mogę włożyć do ust, aby zaspokoić głód? Skondensowane światło, czysty kolor chrupie pod moimi zębami, doprawdy, już tak długo wędruję po tej ziemi, tyle było domów, tyle smaków i zapachów, a ja wciąż nie mogę się temu nadziwić. Napatrzeć, nawąchać, nasmakować, nazachwycać. Już się z tym pogodziłam, że nigdy nie zrozumiem, tylko żal mi jeszcze, że nie umiem wysłowić tego piękna, jakie jest moim udziałem. Dlaczego tak mi na tym zależy? Pewnie dlatego, ze jestem teraz ludzką istotą, kiedy byłam ptakiem – śpiewałam, kiedy byłam pszczołą – tańczyłam, kiedy byłam wiatrem – wiałam, a teraz jestem dwunożną istotą, która dostała dar wysławiania.

Słońce. Łagodne, wrześniowe słońce rozpuszcza mgłę, wydobywa spod powiek obrazy Słonecznej Wyspy, góry w słońcu, morze w słońcu, fale błogości, radość nagiej skóry, zapach szczęścia i wolności. Ten niezwykły moment w Jaskini Ejlejtyi, kiedy słońce kochało się z ziemią, mocny głos naszych bębnów, nasze północne pieśni w rozgrzanej, otwartej joni Bogini. Otwarte, słoneczne przestrzenie świątyni w Fajstos, jaskinia Kamares widziana z tarasu, gdzie niegdyś stawała kapłanka, aby zaśpiewać pieśń na powitanie dnia… a ta druga, która strzegła tajemnicy schowanej w brzuchu ziemi, ona też stoi w świetle poranka, hen, wysoko, w dzikich górach, ku sobie śpiewają, ku połączeniu. Aby spotkała się tajemnica ciemności ze światłem, jakie karmi ludzkie życie, wszelkie życie, jedno życie zwielokrotnione światłem, nieustannie pomnażane, na nieskończenie wiele sposobów, oto tajemnica kryształu rozszczepiającego światło, oto tajemnica jawna w świetle, nieuchwytna, choć totalnie obecna, nie zrozumiesz jej umysłem, który kawałkuje, dzieli na kawałki, aby potem poskładać w całość, którą można się będzie posłużyć, w celu takim, czy innym, możesz ją tylko wyśpiewać, ten hymn zachwycenia nieobliczalnym, nieogarnionym pięknem życia.

Życia, które niczemu nie służy, niczego, prócz siebie samego, nie potrzebuje, żadnego Pana nie ma nad sobą ani nigdy nie miało, bo i po cóż miałoby mieć? Śpiewaj, razem z dwiema siostrami; z Tą, która stoi w otwartych drzwiach zbudowanej ludzkimi dłońmi świątyni, a także z Tą, która hen, wysoko, w dzikich górach, właśnie wyszła ku słońcu z otwartego brzucha ziemi, nad jej głową ogromne orło-sępy, białodziobe kruki, dla swoich przeraźliwych gwizdów zwane wieszczykami, u jej ramion wesołe jaskółki, jakie maleńkie! Czy słyszysz tę pieśń śpiewaną na wiele głosów? Dudniące głosy statecznych duchów gór i świszczące, leciuteńkie, zmienne duchów powietrza, choć nieobliczalne, a jednak potrafią śpiewać jednym głosem z duchami wszystkich drzew, ze źdźbłami spalonej słońcem trawy, dzikiego tymianku, który wabi już pszczoły swym niezrównanym zapachem. Czy słyszysz ten rytm, jaki morze wybija na swoim wielkim bębnie? Duchy ognia tańczą w rozświetlonej przestrzeni, to dzień, to znowu po nocy dzień, Matka Ciemność zrodziła światło, któż by nie śpiewał, któż by nie sławił jej życio-dajnej mocy! W dolinach maleńkie, dwunożne figurki a w każdej tańczy ognisty płomień, czy widzisz kobiety w kolorowych szatach, jak bębnią maleńkimi rączkami na swoich malusieńkich bębnach? Jak kołyszą w tańcu biodrami, aby rozpalić w nich ogień przywieziony z dalekiej północy? Karmią się słodyczą życia, leją miód do brzucha Matki Ziemi, do świętej joni Bogini. Czy słyszysz? Znalazły słowa dla tej pieśni, która znają tu wszystkie żywioły, swoje ludzkie słowa w swoim śpiewnym, świszczącym niczym wiatr, północnym języku. Na wiele głosów splecionych radością, na nieskończenie wiele głosów śpiewa się pieśń: „Bogini Wielka Matko, o Matko, Ma-atko ma!”

Anija Miłuńska


Zacytuj artykuł

Skomentuj
Napisz komentarz
Imię:
Tytuł komentarza:
Treść komentarza:

Ochrona:* Code
Wyślij