Uczę się, jak nim żyć. Cierpliwie nasłuchuję, pod podszewkę rzeczy zaglądam, pod skórę własną włażę, pod to, co jawne, namacalne, uchwytne. Choć nie-jawny, to stale obecny, w samym sercu życia, w jego najtajniejszym rdzeniu. Wdech i wydech, zwija się spirala i rozwija, zwija i rozwija, rytmem życia pulsuje... Obecność. To ona jest kluczem. W byciu obecną, przytomną życiu, które nieprzerwanie przeze mnie przepływa odnajduję rytm, co starszy od tego kruchego ciała, a jednak tylko w nim uchwytny, namacalnie, dotykalnie obecny. Rytm życia, które bezustannie umiera, a umierając – odradza na nowo. Z siebie samego, ze swego najtajniejszego wnętrza, z tajemnicy, która nieustannie życiem pulsuje, wdech i wydech, wdech i wydech...
Z wielką mocą wieje halny, dobija się do okien i przynosi złe sny. Pamiętam tamten wiatr przed-wiosenny, który zimę z wielką determinacją wywiewał, ten najwyraźniej ją nawiewa falami lodowatego, przeszywającego zimnem powietrza. Skończyły się dni całe w złocistej poświacie, skończyło się na słonku wygrzewanie. Biedne wy rośliny – chudziny, już wasze dni ostatnie, której przymrozek jeszcze nie przyczernił, to wiatr ją do cna wychłodzi, życie z niej wychłoszcze. Bezlitosne twoje wianie, wietrze, bezwzględne, do domu zgania tych, co mają domy. Każe kryć się i chować, do środka zwijać, kurczyć i zmniejszać. Im mniej miejsca zajmiesz, tym mniej cię wychłodzi, im lepiej w sobie samej się zwiniesz, tym więcej ciepła zachowasz. Czyli życia, bo przecież to na jedno teraz wychodzi.
Nie ma ognia w śmierci, zimna ona jest, jak i Twoje lodowate podmuchy, jesienny wietrze, śmierć przynoszący. Wiedzą o tym drzewa i krzewy, wiedzą małe byliny, kurczą się w sobie pośpiesznie, zwijają, bo przecież nie mając domu innego, same są dla siebie domem. Nie mając okiennic, aby je przed tobą, wietrze zatrzasnąć, nie mając drzwi, zwijają swoje życie jak bezcenny kłębek, jak skarb najdroższy, którym jest w istocie, w sobie samych chowają, aby do lepszych czasów je przechować.
Do wiosennego wiatru, który przybędzie, aby rozwijać to, co zwinięte zostało, aby na powrót rozprzestrzenić to, co się skurczyło, to on otworzy przestrzeń dla życia – tę, która się teraz zamyka. A co z tymi kruchymi istotami, które zbyt wiotkie i delikatne są, aby przetrwać lodowate podmuchy i mroźne uściski? One już wcześniej zwinęły swoje życiowe moce w maleńkich ziarenkach, już zawczasu powierzyły ziemi swój depozyt, aby w swoim ciele, wielkim i ciepłym przechowała to, czego one przechować nie są w stanie.
To niewyobrażalne, jak ty się, życie, samo w sobie zwijasz i z siebie samego rozwinąć potrafisz, jak pulsujesz nieustannie w rytmie sobie dobrze znanym, od nikogo nie wyuczonym. Nie mieści się to w głowie, ale nie o to przecież chodzi, żeby cię gdzieś pomieścić, ty życie bezgraniczne, niewyczerpane w swej pomysłowości, w tysiącznych sposobach, jakie znajdujesz dla pomnożenia i zwielokrotnienia siebie samego.
A we mnie? Czy we mnie też zwiniesz się ziarenkiem niewidzialnym, kiedy wiotkie ciało rozpadnie się i rozkruszy? Bo moje ciało, tak samo jak ciało melisy i mięty kruche jest i nie potrafi przetrwać bez ognia, ginie od pierwszego jesiennego przymrozku. Jaki wiatr poniesie ziarenko i kto je przechowa? W jakim ciele znajdzie schronienie, w jakiej ziemi zapuści korzenie?
Z I M A
Pomiędzy wdechem a wydechem - Zima
butwieją słowa jak liście, połamane patyki, kawałki kory
przegniłe liście, zapach pleśni i rozpadania
będzie dobry nawóz dla żywego, co go jeszcze nie ma
zima, zima, zziębnięte ziarenko, czeka, nie poganiaj
nie odsłaniaj, samo pęknie, z siebie samego się wydobędzie
nakarmi się sobą, nakarmi się tym, co umarło.
do słońca, do słońca będzie rosło...teraz czas przetrwania
nie odsłaniaj, nie odsłaniaj, siebie samej nie poganiaj...
ziemia zrobiła wdech, wciągnęła życie do brzucha
pomiędzy wdechem a wydechem – zima
tego, co zwinięte nie odsłaniaj
poczekaj, aż zrobi wydech, aż tchnie życie
na pewno, na pewno, na pewno to zrobi
to ona będzie wiedziała, że dojrzał czas
nie poganiaj, nie odsłaniaj
pomiędzy wdechem a wydechem - trwaj
tam głęboko, w brzuchu, w ciemności bezruchu
przecież sama wiesz.
Dni zimowe
Dni zimowe podobne do siebie, pozrastane szarością, jak jakieś syjamskie wieloraczki, trzeba się wiele naprzeżywać, wiele kolorów z siebie wydobyć, żeby je jakoś rozróżnić i piętno indywidualności wycisnąć.
Zamknięte dachem, ścianami czterema, od mrozu skulone, do środka zwinięte, do nocy pochylone, do spania, leniwego prze-czekiwania. Jakby wcale samych siebie nieciekawe, dzisiejszy pojawia się tylko dlatego, że wczorajszy się skończył, jakby powodu innego nie było prócz tego, że trzeba, że jakaś konieczność wyższa, której nie da się zignorować…
Kiedy dzień wiosenny ma się ku zachodowi, to widać wyraźnie, że z sobą samym skończyć wcale nie ma ochoty, robi co może, żeby jeszcze trochę, jeszcze troszeczkę życie sobie samemu przedłużyć. A zimowy – jakby był zadowolony, że ma już siebie z głowy, teraz ten następny będzie się męczył a ja już mogę z nóg się zwalić i spać i spać i spać…
Pieśń zimowego wiatru
Wyje wiatr, śpiewa swą zimową pieśń. A więc tutaj, w mieście, też można ją usłyszeć? Groźna pieśń, bezlitosna. Powracam myślą w Bieszczady, do tej wielkiej przestrzeni, do dzikich lasów, do rozległych dolin, teraz ukrytych pod zwałami śniegu, zupełnie niedostępnych, tylko czworonożni i skrzydlaci znajdują tam drogę, tylko ci, dla których są one domem.
To niewyobrażalne, z mojej, ludzkiej perspektywy, że domem może być ta rozległa przestrzeń, w której tańczą siły życia i umierania. W całej swojej jawności, nie przesłoniętej żadnymi złudzeniami o trwałości i wieczności. Bez ścian i centralnego ogrzewania, bez lodówki pełnej jedzenia, które pozwalają wierzyć, że to mnie nie dotyczy, że mnie – tak bezpiecznie schowanej – nie dosięgnie, nie zmiecie, nie rozkruszy, nie unicestwi. Że te ściany, które chronią mnie przed bezlitosnym zimowego wiatru wianiem zagłuszą też jego pieśń, tę, której lepiej by nie słyszeć.
W pieśni nie znajduję słów, bo żadne słowa nie potrzebne są tam, gdzie się ona zaczyna. Jeśli jesteś do słów przywiązana – nigdy jej nie usłyszysz. Ale ciebie i twojego słuchania – też nie potrzebuje. Równie dobrze mogłoby cię nie być, równie dobrze, ach jak trudno to usłyszeć, a usłyszawszy nie zapomnieć, nie szukać czegokolwiek, czegokolwiek byle tylko pieśń zimowego wiatru zagłuszyć. Ach, jak wiele sposobów, nieskończenie wiele wymyślił człowiek niewyczerpany niestrudzony w swej pomysłowości, byle tej pieśni nie słyszeć, całą historię ludzkości można by pod tym kątem napisać, całą historię…Ile istot straciło życie, ile wojen zostało wypowiedzianych, ile razy przeciwko życiu obrócił się człowiek, byle tylko zagłuszyć, byle zatkać uszy, byle nie usłyszeć.
Więc słuchaj – tak mówię do siebie samej – słuchaj, tak jak ptaki otwarcie jej słuchają, jak zające przycupnięte w zaroślach, jak lisy, szukające zajęczych tropów, biegające na zmarzniętych łapach po nowym śniegu, jak płochliwe sarny i łosie, co nigdy się nie spieszą, jak wilki, których już nie ma, bo wszystkie od dawna pozabijane, jak wszystkie stworzenia małe i duże mieszkające w tej otwartej przestrzeni, tak słuchaj, jak one słuchają. Być może odzyskasz w ten sposób coś, co wydawało się bezpowrotnie stracone, to coś, czego nie będziesz umiała oswoić słowami, tymi pisanymi z dużej litery, czemu nie będziesz musiała zaprzeczać, ani pomniejszać, ani powiększać… Być może, ty również możesz zamieszkać w tym, jak w domu, tak zwyczajnie i po prostu, troszcząc się o siebie samą, chroniąc przed zimnem i głodem, jak robią to wszystkie żywe istoty. Jedna z wielu, z nieskończenie wielu żywych istot, które lgną do życia, tego w kruchym ciele przejawionego, które chcą się nim cieszyć tak długo, jak to tylko możliwe. Jak to możliwe?
A więc jednak! Wydarza się to, co już wydawało się całkiem niemożliwe.
Kolejna mroźna noc, ale dzień taki słoneczny, bezwietrzny, jakby… aż strach wymówić to słowo, żeby nie zapeszyć. Tak potężna ta zima, bezwzględna w swym jednowładztwie, jakby już nigdy żadna czasu odmiana nie miała nadejść, jakby już zawsze świat taki zimny i kanciasty miał pozostać.
A jednak... jakiś pierwotny, nie do stłumienia instynkt nie pozwala zostać tu, gdzie ściany oddzielają od słońca, tylko ono teraz się liczy, tylko o to chodzi, żeby się na nim wygrzewać, ku niemu wystawiać, wygrzewać, wystawiać, wygrzewać...
A więc jednak! Wydarza się to, co wydawało się już całkiem niemożliwe: słońce wróciło na swoje miejsce! Słońce odzyskuje moc grzania, a ziemia – zapachy. Ptaki nagle czymś bardzo zajęte, nie mają czasu nawet na jedzenie… zaraz, zaraz, a sikorki? Przecież to niemożliwe, żeby zapomniały o porze posiłku, po tak zimnej nocy! Dlaczego dzisiaj się nie dobijają, od świtu człowieka nie budzą? Fruwają tam i sam, zupełnie zdekoncentrowane, co dziobną, to podskoczą, co przysiądą, to podfruną, bardzo czymś podniecone, nie mogą wytrzymać, by nie opowiedzieć o tym jedna drugiej: „Odeszła, odeszła! Co ty powiesz? Ależ tak, ależ tak, skończyła się, skończyła. Naprawdę? Naprawdę! Już po niej, już po niej! Czy to możliwe, czy to możliwe? Ależ tak, ależ tak! Czy aby na pewno? Czy na pewno? Ależ tak, ależ tak! Przeminęła? Przeminęła! Ona przeminęła, a my żyjemy! Ależ tak! Ty żyjesz! Czy ja też? Ależ tak, też żyjesz. Ty żyjesz, ja żyję, jej nie ma! Ach, cudownie, cudownie! Ależ tak, ależ tak!”
P RZ E D W I O Ś N I E
Już noc, a mnie zabrakło drewna, do pieca trzeba dołożyc. Oblodzona jeszcze ścieżka do drewutni, grabieją dłonie, ostre powietrze, ale nie da się szybciej z tym wielkim naręczem... i nagle, nagle słyszę…to niemożliwe, żeby tak w nocy! Rzucam wszystko i biegnę w tę stronę, gdzie wołanie, coraz wyraźniejsze… tak, to one! Nikt inny nie wykrzykuje tak głośno radości powrotu, tej wielkiej, z niczym nie porównywalnej, a mnie niedostępnej radości lotu – wcale nie symbolicznej, lecz bezczelnie realnej, tylko one tak krzyczą, kiedy wracają do domu…
Przeleciały dzikie gęsi wielkim kluczem, jak to one – gromadnie, ale składnie, z głośnym krzykiem, z wielką radością, na północ, na północ, do domu. Nikt nie budzi tak wielkiej tęsknoty, nikomu tak jawnie nie zazdroszczę, jak wam, siostry, choć gęsi – to ciągle dzikie. Gdybym z wami polecieć umiała, też bym tak jawnie, tak bezczelnie radość swą wszem i wobec wykrzykiwała: hej, wy tam, na dole! Nieszczęsne, bezskrzydłe istoty, w kółko depczecie pod nogi patrzycie… przestrzeni… przestrzeni nie znacie. A my się jej nie boimy, nie boimy… na skrzydłach, na własnych lecimy, lecimy…
Czas Korzenia
Teraz czas korzenia. Teraz zasadzę drzewo, od drzewa będę się uczyła. Otworzyła się przestrzeń, płynie krew w ziemi żyłach, stoi las ogłuszony śniegiem, milczy ziemia. Razem zaczniemy tę wiosnę. Razem? Tak, razem, bo właśnie przemija moje życie od lasu oddzielone. Płoną stopy gotowe już pobiec, niecierpliwią się dłonie, ale brzuch nieporuszony, płonie żarliwym ogniem, na wypalaniu starego, na umieraniu tego, co właśnie przeminęło – całkowicie skupiony. Nieodwołalny, nieodwołalny już koniec zimy. Płynie krew w moich żyłach, buzuje ogień w wielkim piecu brzucha, płonie równym płomieniem, ogrzewa ziemię, rozpuszcza zimę, powoli, powoli, powoli spod lodu wydobywa ciało Matki.
już wszystko
już wszystko
wszystko
gotowe
stopy
dla ziemi
ziemia dla brzucha
i niebo na głowę
stoją stojący ludzie
stojąc czekają
sposobu innego
nie znali,
nie znają
to oni, to one
na moje dzieci czekają
brzuchem miękkim
do brzuchów twardych
od kory szorstkich
od soków lepkich
od ziemi ziemskich
tak będę rodziła
jedno jest serce
drzewne i ludzkie
jak bęben bije
jak życie – żyje
jedno jest, jedno
nie dwa.
Równo – Noc - Równo - Dzień
Nagle spokój. I cisza. Zatrzymała się kobieta,
bo poczuła, że coś od niej większego... zatrzymane stanęło,
coś stanęło... coś się spotkało... nie wiedziała, dlaczego.
Stał świat na dwóch nogach, a żadna od żadnej krótsza nie była,
trwał świat w równowadze, bo to chwila spotkania właśnie się darzyła.
Ani noc nie była dłuższa od dnia, ani dzień nad nią nie górował,
taki to czas był właśnie, kiedy noc dniowi, kiedy dzień nocy rękę podawał
Obróciło się koło – aż swój początek spotkało i na moment
między wydechem a wdechem, na moment tak krótki – zatrzymało.
Drzwi otwarte...
Wejdź w nie, kobieto, wejdź, skoro cię zapraszają
już za chwilę, za krótką ruszy koło w odwieczny swój taniec
nie dogonisz początku, bo on wiecznie ucieka
teraz, właśnie teraz – wejdź w otwarte, nie zwlekaj!
W I O S N A
Coś się otworzyło, czuję to wyraźnie, całym ciałem czuję. Coś, co było zimą ześrodkowane i zwinięte, teraz rozwija się i rozprzestrzenia. Tak, to przestrzeń się otwiera! Z każdą chwilą coraz bardziej otwarta, zapraszająca, chętna. To dlatego ptaki tak śpiewają bezustannie! Tak żarliwie, niepowstrzymanie, zachłannie. One po prostu , usiłują wypełnić całą przestrzeń swym śpiewem. Ale to przecież niemożliwe, bo ona bezgranicznieje z każdym dniem wiosennym, z każdym porankiem coraz to pojemniejsza, co by każdej nocy nie wykiełkowało, nie wyrosło, to ona to pomieści!
To Ciebie ludzie przezwali Wiosną? Ciebie, przestrzeni bezustannie gotowa wypełnić się życiem we wszelkich odmianach, formach i kształtach, w jakich tylko zechce mu się przejawić? Ciebie, którą czuję w swym ciele z wielką niefrasobliwością odnoszącym się nagle do własnych swych granic, jak gdyby nigdy nie miały z nim nic wspólnego. Żadnych granic nie chce pilnować, żadnego zamknięcia! Każda ściana, która od słońca je oddziela wrogiem nagle najgorszym, tylko światło w głowie, w nogach i rękach, w brzuchu i gdzie tam jeszcze! Tylko na słonku by się wygrzewało, tylko w mokrej ziemi grzebało, kopało, grabiło, lepką gliną brudziło, bez żadnego opamiętania. Ale już się w niej zagrzebać nie chce - jak wtedy, na jesieni chciało - za bezpieczną ciemnością jej brzucha nie tęskni, bo teraz inaczej płynie energia: do góry, do słońca, do nieba.
Tylko gdzie się te skrzydła podziały, no gdzie? Kto je odciął, odpiłował, kto je zabrał i gdzie schował? Rozgląda się ciało niepocieszone, niepogodzone, praw gatunkowych przestrzegać nie chce, jawnie ptakom zazdrości, z tęsknotą swoją wcale się nie kryje. Bo i gdzieżby ją ukryć miało, skoro w tej wielkiej przestrzeni zanurzone, wraz z nią bezustannie otwiera się i bezgranicznieje.
oddycha brzuch ziemi
oddycha brzuch ziemi, leciutko się porusza
wibruje życie, żyje sobą samym
niczemu, oprócz siebie nie poddane
tak w sobie samym, jak w tańcu
rozkołysane, rozkołysane...
kołysząc wiruje, spiralnie zawraca
nie, ono nigdzie nie odchodzi...
ono do siebie, nieustannie do siebie
do siebie powraca...
POMIĘDZY WIOSNĄ A LATEM
Pieśń czerwcowego wiatru
Czy kto widział wiatr czerwcowy, ten co wiosnę do lata nagania? A za stodołą, a za moją, takie łatwe z nim spotkanie. Nie trzeba nigdzie z domu odjechać, ani blisko, ani daleko, ani duszy wędrowaniem trudzić, tam za stodołą, tam właśnie, za moją, wiatr czerwcowy tańczy, w trawie wysokiej, słońcem szczęśliwej. Chcę o nim napisać, a wiatr mi słowa wywiewa, nie będę przecież za słowami po polu ganiała, a za stodołą, a właśnie, że za nią, dzień cały będę siedziała.
I oto dzień mój, poddany wiatrowi, i co on ze mną, co on dzisiaj zrobi? Łagodnym dotykiem, żarliwą pieszczotą uobecnia ciało, w jego byciu zmysłami uszczęśliwia. I to samo robi trawie, pokrzywom, a nawet lebiodzie! Nie mówiąc już o drzewach, przecież czuje tę radość, te rozkoszne przeciągania gałązak czereśniowych, te miłosne szepty i wzdychania. A i z lipą, jak widzę, nie inaczej, już cała w ekstazie, w tańcu zatracona. Rozglądam się wokoło, uważnie, na wszystkie świata strony i nie widzę nikogo, kto stałby nieporuszony. Każdy ma skórę swoją własną, każdego po skórze, po żywej, wiatr czerwcowy głaszcze.
Czy kto słyszał czerwcowego wiatru pieśń, tę, co życie tak dobrze tłumaczy? Tak prosto, tak jasno, że tylko żyć się chce, życiem cieleśnić, nie inaczej!
ogród
ogród
tylko ogród
nic prócz ogrodu
kolory i zapachy
tylko kolory i tylko zapachy
unieważnił czerwiec słowa
w potokach światła rozpuścił
królewskim gestem
jednym skinieniem dłoni
LATO
Po lesie świetlistym poznaję, że to lato
Po lesie świetlistym poznaję, że to lato. Dopóki do niego nie powrócę, nie mogę mieć pewności. Dopiero tutaj się spotykamy, dopiero pod świetlistymi drzewami.
Tyle przestrzeni, z każdej strony zielenieje, już tylko jedna myśl w mej głowie, ta sama, co lata każdego: „Jak to jest, kiedy człowiek się drzewem urodzi, drzewem wzejdzie, drzewem wyrośnie?” Tak się do słońca wyciągać, tak w słońcu szumieć, te najmłodsze gałązki, te na samej górze, one najszczęśliwsze. Drzewna niepojętość, bycie, poddane wiatrowi. Lato. Tylko ono tu istnieje. Ani zimy, ani wiosny, latem - tylko lato jest prawdziwe.
Nic nie mówią słoneczniki
Nic nie mówią słoneczniki, dostojnie nieporuszone,
tylko patrzą, tylko w jedną, w jedną tylko stronę.
Tylko słońce widzą, tylko ono im w głowach.
Skoro słońce widzą, to za czym, za czym jeszcze,
no za czym miałyby się rozglądać?
Morzu na przywitanie
Poranek, tańczę na cztery kierunki
tańczę morzu na przywitanie
wiatr i słońce na mojej skórze
ciało szczęśliwe, niczym nie usztywnione
wyzwolone z ubrania, uwolnione
samo wie najlepiej, w którą stronę się zwrócić
nie trzeba mu pomagać, nie trzeba mu przeszkadzać
żadnych oczu, które by oceniały
tylko wiatr, tylko ziemia i niebo...
w tej wielkiej przestrzeni, pomiędzy nimi
moje kruche ciało tańczy taniec połączenia.
Kiedy się patrzy pod słońce – tylko radość widać
Kiedy się patrzy pod słońce – tylko radość widać
nagie figurki tańczą w morzu, łapią fale, skaczą
dają się falom unosić, dają się falom popychać
przewracają się i wstają, wstają i znowu przewracają..
nie ma powodu do zmartwienia, cokolwiek by się nie wydarzyło
nie ma przemocy i nigdy nie było.
Nikt nikogo jeszcze nie zabił, żaden Kain jeszcze się nie narodził,
dopiero co, morze opuścili, dopiero co, z morza wyszli
ze światła zbudowani, morzu jeszcze bez reszty poddani
i ci, co brzegiem spacerują i ci, co na rowerach pedałują,
nikt jeszcze nikomu nie zabrał wolności
przestrzeń jeszcze się nie zamknęła, murem nie ścieśniła
nawet słowo „wolność” jeszcze niepotrzebne
tylko morze błyszczy w słońcu, w tym właśnie
na które patrząc, dzień pierwszy, jak na dłoni widać.
Jak to dobrze, że on nie przemija,
że zawsze tu nad morzem mieszka
takie sobie miejsce znalazł
że lepszego nie można.
O świcie wołanie
Krzyczą żurawie, nie dają spać
krzyczą nieprzerwanie
i te, od strony lasu i stamtąd
gdzie łąki i moczary
przenikliwy to krzyk
głębiej niż do serca
przenika.
Lato się kończy, a ty śpisz
czy wiesz, co to znaczy?
czy wiesz, co się kończy?
dlaczegoś taka cierpliwa
skrzydeł nie rozprostujesz
do lotu się nie zbierasz
ostatnia to chwila
już wszyscy odlecieli
jutro i nas już tu nie będzie
jeśli dzisiaj zaśpisz
to i jutro będziesz spała.
Za słońcem, za słońcem pora lecieć
do domu, do domu, do domu
przecież wiesz, przecież wiesz
jeśli nie teraz, jeśli nie dzisiaj
jutro już nas tu nie będzie
jutro już nikt cię nie obudzi
jutro nie istnieje, tylko dziś
tylko teraz, tylko ten poranek
jedyny na świecie.
MIĘDZY LATEM A JESIENIĄ - ZATRZYMANIE
To nie do uwierzenia, jak Ziemia trwa w swoim trwaniu. Jest w swoim byciu. Woda w swoim płynięciu, wiecznie przepływająca, bezustannie, nieprzerwanie trwa w przepływie. Drzewa w nieporuszoności swej poddają się wiatrowi, nieustannie podatne, ciągle w ruchu – tak trwają. Dzika kaczka daje się unosić rzece, nawet jedno piórko jej nie drgnie, tak nieporuszona.
Cały rok czekam na ten dzień wrześniowy, w którym Ziemia ujawnia swoje trwanie. Wielkie ukojenie. Spokojny oddech Ziemi, nagle zatrzymanej pomiędzy czasem wzrastania a czasem umierania. Ten dzień nie przemija, trwa razem z Ziemią, kiedy on nastaje, znika „było” i „będzie”, tylko „jest” pozostaje. Modlę się, żebym umiała aż tyle pomieścić. Do siebie samej się modlę, siebie samą proszę: „Błagam cię, Ptaszynko, nie odlatuj! Nie wzrastaj ani nie zanikaj, ani nie żyj, ani nie umieraj, tylko bądź! Tym dniem wytrwałym, wiecznie trwającym. Dzisiaj. Teraz. Zatrzymaj się, nie odlatuj tam, co zawsze. Nie odlatuj tam, gdzie cię nie ma.”
JESIEŃ
Od samego dziś rana wędruję
przez jesienne połoniny
przez wysokie tarasy
przez płonące lasy wędruję
a w lasach - słoneczne polany
a na polanach - słońca plamy
a ja dalej i dalej, aż do zmroku
aż do nocy, do nocy ciemnej
Płowieje futro gór, z dniem każdym
coraz bardziej rude, a tam znowu brunatne,
jak tak dalej pójdzie, do zimy ze szczętem wylinieje..
Rozłożyły się góry wygodnie, w słońcu październikowym leniwie się wygrzewają, jak jakieś ogromniaste, jakieś prastare… krowy! Dlaczego właśnie krowy? Bo takie krowio-łagodne, dobrotliwe, takie spokojnie ociężałe, przełazimy powoli z jednego krańca cielska na drugi, sapiemy, tupiemy, a krowa – ani drgnie. Tak nieporuszona, że aż w ziemię wrośnięta, tak z nią zjednoczona, że aż siebie samej od matki odróżnić nie potrafi. Dziwnie tak po żywym chodzić, po czyimś kręgosłupie, po plecach, a nawet głowie. Jeszcze dziwniej, że choć żywe, znaku życia żadnego nie daje.
Czyżby spały? To musiało być dawno, dawno temu, kiedy do snu się położyły, tak wygodnie, tak miękko, tak leniwie cielska swe ogromne rozłożyły. To musiało być dawno, bardzo, bardzo dawno temu…
PRZEDZIMIE
Poranki listopadowe
Poranek na wsi
Martwy rudzik znaleziony o poranku, noc taka zimna, jeszcze szron na trawie. Gdzie idą dusze rudzików, pełzaczy ogrodowych, sikorek i innego drobiazgu? Nie musząc się miotać między piekłem a niebem może prosto do światła, najkrótszą drogą, jedno uderzenie skrzydłami i już?
Zawaliła mi się ze szczętem hierarchia bytów: kto za kim wędruje, komu bliżej komu dalej. To było jednak mocno wpojone, jak trawa, co mówię, jak perz w ziemię wrośnięte! To przekonanie, że jestem bytem doskonalszym od żuka gnojaka, co tak pełznie w trawie, a pełznąc co i raz na swój pancerz, tak od mego ciała ewidentnie bardziej prymitywny, co i rusz brzuchem do góry wywraca. Dopiero teraz do mnie w pełni dociera ten nagi fakt, że kiedy ptak zjada muchę albo innego robala to nie dlatego, że istota stojąca na wyższym szczeblu rozwoju ma prawo postąpić z tą, co stoi na niższym wedle swego uznania, tylko zwyczajnie, z głodu.
Jak to się żyje bez tych wszystkich przeświadczeń, przekonań i przesądów? Aż nie wiadomo, jak to sobie wyobrazić. Kiedy nie ma słusznego i nie-słusznego, to co wtedy zostaje? Życie zostaje i umieranie, no tak, życie i umieranie. Aż tyle?
Poranek w mieście
Poranki listopadowe... gęste od mgły, równie dobrze mogłyby być zmierzchem bo do poranków w niczym niepodobne, nie wiadomo, czy coś się kończy, czy zaczyna... a jednak! Ledwie oczy otworzę, a ono już, czeka na mnie, abym nim żyła. Moje życie. Moje? Moje. Całe, calusieńkie, każda jego chwila, każda godzina.
Trudno się z tym oswoić, co innego na odosobnieniu, którego czas był bezcenny, bo wielką ciężką pracą przed i po opłacony, wywalczony w zmaganiach z sobą samą, sobie samej jako prezent podarowany. Ale tak w codziennej codzienności... bez żadnego „stąd-dotąd”? Jakbym się chodzić na nowo uczyła, a żaden krok nie prowadzi do tego „co z tego wyniknie” ani do „co będzie potem”. Tak sobie wędruję, ale nie z „dzisiaj” do „jutra”, tylko z „teraz” do „teraz”. Tak sobie właśnie, nie inaczej, tak właśnie teraz, teraz sobie wędruję.
ZIMA
Nieporuszoność
Noc nowiu – nie do spania to noc. Wielki wiatr, potężna wichura, groźna i niebezpieczna, a będzie jeszcze groźniejsza – tak pono „w telewizji nadawali”, syn dobry zadzwonił i ostrzegł – wszystko trzeba pochować i samemu dobrze się schować, bo dziś w nocy i Święty Boże nie pomoże. No i zgodnie z zapowiedzią wnet porwała jakieś przewody, elektryczne trakcje – jak to ma w zwyczaju – poszarpała, poszarpała... Nie ma światła, nie ma gorącej herbaty, tylko noc została.
W nocy siedzę, w ciemności, ogarnięta wichurą z każdej świata strony, z każdej strony domu mojego okna, z każdej mogę usłyszeć tę pieśń groźną, wichrową, jakbym w samym jej środku siedziała. I kiedy tak w ciemności siedzę, w nieporuszoności, w bez-ruchu, w słuchaniu.... całym ciałem słucham, we wszystkich kierunkach równocześnie... zbliża się fala, potęguje, narasta, ach, jak kocham ten moment, kiedy dochodzi do spełnienia, do swojego wichrowego orgazmu! Jakże udało się komuś utrafić w sedno, na myśli mam tego, kto słowo żywioł wymyślił, dzisiejszej nocy ujawniasz wietrze żywiołowość żywiołu, czym ona jest, łacno można się przekonać. Wystarczy głowy pod poduchą nie chować, wystarczy w samym środku siedzieć, w bez-lęku, tam, gdzie cisza. Bo ona tu jest. Tutaj, w samym środeczku tego gwałtownego wirowania. Nie-poruszoność. Tutaj mieszka. I kto by się spodziewał?
Wiatr, który za dnia przycichł wraz z nastaniem ciemności obudził się i znów zaczyna swą groźną pieśń, już nie śpiewa, ale krzyczy. A więc dzisiejszej nocy będę się w krzyk wsłuchiwała, prawdę mówiąc, aż boję się, co usłyszę.
Teraz ja do syna dzwonię, żeby się nie martwił o matkę, co sama w taki czas w małej chatce pod lasem, a on mi mówi, że tam w wielkim mieście jeszcze bardziej nerwowo, jak ten wiatr wieje, jego kumpel skasował wczoraj zakupiony samochód, no i wszyscy się strasznie źle czują, on sam, choć ma wolny dzień w żaden sposób nie może odpocząć. No tak, przecież wiadomo, jak ciężko ludzki organizm znosi tak okropną pogodę, przecież naukowcy już dawno to zbadali, i nawet w mediach życzliwi spikerzy społeczeństwo już od rana przestrzegają.
Kiedy odłożyłam słuchawkę uświadomiłam sobie, jak świetnie się dzisiaj czuję, aż trochę głupio się przyznać, skoro inni cierpią, ale fakt to fakt. Może to dlatego, że nikt mnie nie przestrzegał, bo nie da się włączyć radia, kiedy prądu brak. A może jednak to od tego siedzenia w oku cyklonu tak mi się dobrze porobiło, może to od tego miłosnego zachwytu, kto wie? Od nie bania się, nie przeklinania. Z braku przekonania, że mocny wiatr jest czymś złym, dla homo sapiens groźnym i wrogim. Będąc istotą powietrzną nie mogę nie kochać wiatru, i dla niego i dla mnie przestrzeń jest domem, ta wolna, bez-kresna, żadnymi więzami nie spętana. Czyż mam ukrywać, że mu zazdroszczę?
A jak się dzisiaj czują zwierzęta – mam na myśli te, które nie żyjąc wespół z homo sapiensem nie nabrały od niego zwyczajów, chorób i przekonań – takie pytanie się pojawia, niewinne w swej prostocie. Czy są wśród zwierząt meteopaci? Czy też mają rozdrażniony system nerwowy? Czy skacze im ciśnienie? Czy liczba zawałów przekroczyła dziś średnią krajową? A może one nic nie wiedzą o tym, że wielki wiatr to wielki nieprzyjaciel, może nie wiedzą, że trzeba się jakoś przed nim bronić, może nie oddzieliły się od niego, tak samo jak od słońca i deszczu, może to tylko, a może aż o to nie-oddzielenie chodzi?
Wędruję w noc białą
Chrzęści śnieg pod nogami. Nogi wędrowaniem szczęśliwe, nie chcą do domu zawracać, nic to, że mróz tęgi, one by tak szły i szły w tę noc białą, aż na koniec świata, na zatracenie! Ziemia schowała swoje zapachy pod śniegiem, tylko ten śniegowy, ten najbielszy z białych, tylko ten jeden pozostał. Biel, zwielokrotniona światłem księżyca, z każdym krokiem pomnaża siebie samą, pogłębia, zwielokrotnia... jakby chciała dotrzeć do esencji swej białości, do korzenia swego kruchego, jakże kruchego bycia!
Świat widziany w księżycowym świetle to świat zupełnie inny, niż ten słoneczny. Księżycowe światło wydobywa coś z ciemności a jednocześnie w niej chowa, nie jest takie jednoznaczne ani takie „sprawiedliwe” jak słoneczne. Ujawnia, jednocześnie zatajając, tak, że możesz zobaczyć, poczuć, doświadczyć… czego? Ano, tajemnicy. Tego, że jest. I że nigdy nie będzie niczym innym, jak tylko tym. Czy ty to naprawdę rozumiesz, kobieto? Że jest coś, czego nigdy nie zrozumiesz, nie obejrzysz, ani nie dotkniesz? A jednak nie możesz za tym nie tęsknić, bo obecna w tobie jakąś niezbywalną, najpierwotniejszą obecnością. U samego rdzenia obecna, najwewnętrzniejsza strona bycia. Ta, którą schowało ono przed samym sobą. Dopiero w księżycowym świetle, dopiero w nim wydobyte… chociaż nadal nie-jawne, w sobie samym zwinięte, to przecież wcale nie ukryte. Oto otworzyło się przed tobą, oto śniegiem chrzęści pod stopami, oto twoimi stopami idzie leśną drogą, w noc, w biel, na zatracenie. Tam idzie, gdzie dojść nie można.
Zadziwiające jest ciało świata
Patrzę przez okno – a tam noc ma gwiazdy!
A tam drzewo ma konary, gałęzie rozliczne,
od nocy czarne, wytrwałe.
Drzwi otwieram – a tam wiatr ma pole i łąkę,
ba, całą przestrzeń ma teraz dla siebie,
dla swojej gwałtowności,
dla zimowego tańca.
Zadziwiające jest ciało świata,
niepojęte w swej łagodnej bliskości
niczym przede mną nie zamknięte.
To tylko ja drzwi zamykam i otwieram,
przez okno spoglądam, od okna oczy odwracam
i do łóżka z powrotem do ciepła,
do ludzkiego, do swojego...
PRZEDWIOŚNIE
Wiatr wieje, słońce nawiewa, ach, już wiem, dlaczego cały ranek przetańczyłam! To on, poznaję! Ależ ma siłę chłopak, mocne płuca. No, ale nic dziwnego, taką zimę wywiać, z taką mocną panią zatańczyć – nie każdy dałby radę, mocnego potrzeba, młodego!
Jak już się rozwiał, to prędko nie przestanie, drzewami nieźle potrząśnie, sprawdzi, ile ma które siły w kościach, czy wystarczy, czy wydoli na ten taniec! Ziemię wygłaszcze, spać nie pozwoli, wykocha, siarczyście wycałuje. Już jak on się rozszaleje, to miary żadnej nie zna, do każdej lisiej nory, ba, w dziurę mysią nawet się wślizgnie. A olszyną jak potrząsa! Nie spać mi tu, nie drętwieć, bo gałęzie potrzaskam, a jak nie, to i poprzewracam, a co mi tam! Łąkę przeczesze, wodą zabulgocze, po suchych badylach rozchlapie, już one długo takie suche się nie ostaną, a co tam!
Marcowe koty ogony podnoszą, dumnie stroszą... a potem chyłkiem – boczkiem do chałupy, do ciepłego. Trochę pospać, trochę podjeść, siły zbierać, no, bo jak on wiać przestanie, no, to się dopiero zacznie kocie tańcowanie!
I ZNOWU WIOSNA!
Ptaki wracają
Ptaki wracają. Codziennie ktoś nowy podskakuje na schodach, zagląda przez oszklone drzwi, świergoli, coś tam wykrzykuje, strasznie z siebie zadowolony, nic dziwnego, bo przecież ma powody. Przecież tego nawet nie sposób sobie wyobrazić, że te nieszczęsne, dwunożne, ciężkawe, takie niezgrabne i nieporadne istoty jakoś tutaj bez nas, bez skrzydlatych, no jak one sobie bez nas poradziły? Ale oto jesteśmy! Jesteśmy! Jesteśmy! Jesteśmy!
Zawsze to tak nagle na człowieka spada, jeszcze wczoraj nic, a dzisiaj niespodziewanie otworzyła się przestrzeń, a w niej ta godzina, ta pora przed zachodem słońca, kiedy świat wraca na swoje miejsce i nie potrzebuje już żadnych objaśnień ani przypisów, nic! Niczego nie trzeba uzasadniać, a już najmniej swojego tu, na ziemi istnienia. Wystarczy ta przestrzeń, którą ptaki otworzyły swoją obecnością i tą pieśnią, która przekracza wszelkie ludzkie pojęcie. Tą właśnie, którą od dzisiaj, już dnia każdego będą łączyły dzień z nocą. I tak dzień po dniu, dzień z nocą, dzień po dniu, dzień z nocą, dzień z nocą...
Nagle nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak ciężko mi było na duszy i nie potrafię przypomnieć, jakie miałam powody, żeby się martwić albo złościć, albo obrażać, czy coś tam wykrzykiwać. A już zupełnie nie do pojęcia, że można powiedzieć do kogoś, kogo się kocha takie słowo twarde, raniące, choćby jedno. A przecież zwykle jest ich więcej. To strasznie dziwne, że tak się dziwnie zachowujemy, że tyle mamy sposobów, aby tą przestrzeń, tą piękną, tą bezgraniczną, tak ścieśniać i zamykać, ścieśniać i zamykać! Jakbym patrzyła z ptasiej perspektywy, z której takie ludzkie, dziwaczne zachowania zupełnie niezrozumiałe są, no nie da się, po prostu nie da się ich w żaden sposób zrozumieć!
Dlaczego dzioba dwunożny nie otworzy? Dlaczego zachwytu nie wyśpiewa, dlaczego zachwyt wciąż tak ściska i dusi, ściska i dusi, ściska i dusi! Słonko już chyli się ku zachodowi i on już się kończy, ten dzień niepojęty, dzień nieogarniony, jedyny!
Dlaczego dziób ma taki ściśnięty, dlaczego pieśnią nie podziękuje temu słońcu, co jeszcze jest, ale za chwilę tak będzie, jakby go nigdy nie było. Czy on nie rozumie, że tego nie da się zrozumieć? To można tylko wyśpiewać! Całą tą miłość, która nieustannie się wydarza, chwila po chwili, chwila po chwili, chwila po chwili... Piórami trzepoce, listkami liścieje, muszkami muszy, słońcem rozświetla, księżycem rozświetla, wodą chlupocze, wiatrem wieje... Tego nie można, nie można, nie można nie wyśpiewać, wyśpiewać, wyśpiewać, wyśpiewać, wyśpiewać...
I nagle noc. I nagle cisza. Sza!
I ZNOWU LATO!
Dlaczego nie śpię, skoro deszcz monotonnie śpiewa i w końcu, ach, w końcu można by się wyspać! Po tych wszystkich rozpalonych do białości nocach, po dniach, ba, tygodniach upałów, kiedy człowiek snuł się, niczym ta mucha w smole, ani do tańca, ani do różańca, ani spać, ani pracować… Jaka to przyjemność móc zmarznąć trochę, kiedy skóra nie lepi się już do siebie samej, jakaż to zaskakująca w swej prostocie rozkosz! Czemu więc nie śpię, tylko deszczu nasłuchuję?
Nie, to nie w słuchaniu rzecz tym razem, wcale nie w słuchaniu. Jestem przytomna deszczowi, chwila po chwili odnotowując ten niezwykle ważny fakt, że on właśnie się wydarza, że krople jedna za drugą, jedna za drugą, jedna… Obmywają liście z kurzu, nawilżają, jaka to radość dla liścia być tak nawilżanym, kropla po kropli obmywanym, obmywanym, obmywanym… A teraz docierają już do ziemi, za chwilę korzenie będą mogły się napić, ale najpierw trzeba zwilżyć ziemię, nasączyć, jeszcze mocniej nasączyć i jeszcze… no, teraz chyba zaczynają już czerpać… najpierw tymi małymi korzonkami, co głęboko nie sięgają, ale trochę cierpliwości, jeszcze godzinka, może dwie i będą mogły napić się i te, co głębsze mają korzenie, mocniejsze, mocniej w ziemię wrośnięte… no, w końcu! Co za ulga! Piją, piją, piją… już chyba wszyscy, już chyba mogę zasnąć, już nikogo nie pominie ten deszcz wytrwały, jakże wytrwały. Już wszyscy szczęśliwi w ogrodzie i tamci, co na łące i brzózki samosiejki na miedzy… A w lesie? Zobaczmy, co w lesie, wszak tam trudniej dotrzeć deszczowi do korzeni, dłuższa droga, taki gąszcz, trzeba się przeciskać między drzewami i znowu między drzewami i znowu… Jeszcze nie pora na spanie, jeszcze w lesie tylu spragnionych zostało, niech nie ustaje, niech pada, kropla po kropli, wszak długa noc, jeszcze końca nie widać…
Lesie mój
Lesie mój, tak bym chciała znaleźć dla ciebie słowa, takie, które nie rozmijały by się z twoją leśną istotą. Zachwycająco niepojętą dla mojego małego, osobnego, ludzkiego umysłu. Tak bym chciała słowami się przed tobą pokłonić, tymi, co przez ciebie, poprzez twe ciało zielone i żywe, wraz ze mną teraz wędrują. Wiesz, takie są ludzkie słowa, że na miejscu nie usiedzą, niespokojne, od ziemi już bardzo oddalone. Bez korzenia rosną – pewnie to dla ciebie dziwne, że bez korzenia – gdzie ja, tam i one wędrują. Jak to zrobić, żeby znieruchomiały, w ziemię wrosły, jak twoje leśne życie? Rozległe, w tak wielu, wielu istotach przejawione, a wciąż jedno, jedno leśne ciało. Otwarte, mocne, w sobie samym osadzone. Dobre takie… nie wiem, jak to powiedzieć… jakąś dobrocią najpierwszą, nieskłamaną, co nigdy przeciwko życiu się nie obróciła.
Wchodzę w nie, a ono mnie przyjmuje. To nie do uwierzenia, ale to prawda. Nigdy jeszcze nie odrzuciło, z której strony bym nie nadeszła, to zawsze przyjmuje. Razem z moimi niespokojnymi słowami, co skaczą niczym wiewiórki, razem z moim krok za krokiem, na dwóch nogach, z których żadna nie ma korzenia, razem z całym tu i tam, w lewo i prawo, z moim niekończącym się wędrowaniem.
Może wystarczy?
Zbieram różane płatki, słońce świeci i wiatr wieje, dziewczynka we mnie śpiewa szczęśliwa. Ta chwila, cała w niej jestem, świat taki przychylny, woniami obfity, niedługo lipa zakwitnie. Lipowy zapach idzie po różanym i jeszcze lawenda i szałwia i mięta … nigdzie życie nie pachnie tak mocno, tak prawdziwie, jak u ciebie Ziemio!
Zmysł węchu. Podobno pierwszy umiera w umieraniu. Gdy zapachy zaczynają słabnąć, gdy stają się nieuchwytne, kiedy dla innych pachną a ciebie omijają – znak to niechybny, że pora się stąd zabierać, ciału za wonne życie dziękować.
Ale teraz ta chwila, królewska chwila, słucham, jak wiatr śpiewa w gałęziach mojej królowej, jastrząb krzyczy nad łąkami, słucham cię Ziemio i słyszę pieśń twego ciała. Dotykam stopą, dłonią dotykam, to niezwykłe, jakie ono delikatne i czułe. Patrzę i widzę, jakie niewyczerpane w swym pięknie, niestrudzone w wynajdywaniu wciąż nowych kolorów, barw, odcieni, malwa zakwitła czerwienią, złocienie bielą, szałwia, jak zwykle w fioletach… nie mogę się temu napatrzeć, nadziwić, nazachwycać.
Może o to właśnie chodzi w moim życiu, może do tego się urodziłam, żeby tak widzieć i słyszeć i czuć twoje piękno Ziemio, Matko? Może tak najlepiej ci służę? Może potrzebny ktoś, kto potrafi się jeszcze zachwycać? Kto patrzy dla samego patrzenia i słucha, aby słyszeć. Tylko tyle, aż tyle. Kto ciebie malwo zobaczy, w twym malwowym jestestwie, kto będzie witał się rano i życzył ci dobrej nocy, dobrego dnia i słońca na liściach, wody dla korzeni i pszczół dla kwiecia.
Może potrzebny ktoś, kto będzie się kłaniał przed tobą, czereśniowa królowo, bo przecież dziwne by to było, gdyby królowa nie była przez nikogo pokłoniona! Może dla lipy wcale nieobojętne, że ktoś czeka rok cały na jej lipowy kwiat i jego woń, co nie ma sobie równych. Może już nie trzeba ani walczyć ze sobą, ani zamartwiać, ani po nocach nie spać, może wystarczy, że będę dnia każdego przed każdym, kto w twoim czułym ciele ma korzenie, może wystarczy, jak będę do samej ziemi się kłaniała?