|
Piosenka Fontanny
Anija Miłuńska
O tym, jak Dziewczynka dowiedziała się, w jaki sposób duże maleje.
Mała Dziewczynka szła tam, gdzie prowadziły ją Drzewa. Szła raźnym krokiem, chociaż Drzewa wcale jej nie poganiały, szła podskakując i tańcząc, bo jej małe nóżki straciły już całą cierpliwość i nie chciały czekać dłużej. Drzewa też się cieszyły, że mogą wreszcie rozprostować ramiona zdrętwiałe od mrozu i zimowych przeciągów. Wystawiały je ku słońcu, wygrzewały w jego promieniach stare, obolałe kości, leczyły reumatyzm i cierpliwie czekały. Nie musiały się niepokoić, bo wiedziały, że ptaki są już w drodze, już bliziutko, tuż, tuż. Jeszcze tylko kilka dni i zacznie się całe to wiosenne szaleństwo: łopotanie i furkotanie, świergoty i piski, śpiewy i nawoływania. Całe to fruwanie tam i sam, skakanie po konarach i potrącanie gałązek, nie mówiąc już o nieustannym dziobaniu i wyskubywaniu. A ileż to trzeba będzie się napracować, żeby wykarmić wszystkie liście, żeby zaspokoić ich niepohamowany apetyt! Nawet ptasie pisklęta robią od czasu do czasu przerwę w rośnięciu, a taki liść nawet na chwilę nie chce przestać. Chociaż, trzeba mu przyznać, że rośnie taktownie i z wyczuciem, wręcz niezauważalnie, nie robiąc przy tym zbytecznego hałasu. Bo czyż trzeba od razu obwieszczać całemu światu swoje istnienie wrzeszcząc przy tym wniebogłosy?
Dziewczynka uśmiechała się sama do siebie słysząc, jak Drzewa zrzędzą i marudzą, żeby nikt nie domyślił się, jak bardzo stęskniły się już za ptakami i „całym tym wiosennym zamieszaniem”. Dziewczynka uśmiechała się idąc, bo nie chciało jej się zatrzymywać – tyle było wszędzie wolnego miejsca do chodzenia, do skakania i tańczenia, tyle miejsca, odkąd słońce rozpuściło resztki śniegu odsłaniając nagą, niczym jeszcze nie przykrytą ziemię.
Ziemia pachniała ziemią. Ziemia pachniała sobą, bo nie miała jeszcze niczego innego, oprócz siebie samej. Dziewczynka nie znała zapachu równie mocnego i równie pięknego. Przez cały rok czekała na te kilka dni, na ten czas pomiędzy, kiedy wiosna jeszcze się nie zaczęła, a zima już skończyła, na ten krótki czas wielkiego spokoju przed wielkim hałasem. Tak, Drzewa miały rację, to się już niedługo zacznie. Chociaż... kiedy tak szła, a jej stopy dotykały nagiej ziemi, mogła poczuć, jak coś tam w środku się porusza, jak coś powoli, ale uparcie prze do góry.
A więc to już się zaczęło, pomyślała. Tutaj, na górze, jeszcze cisza i spokój, ale tam, na dole one już się przepychają pomiędzy kamykami, już się przebijają swoimi małymi główkami przez pokłady ziemi, aby być w pogotowiu, aby nie przegapić tego momentu, kiedy wolno już im będzie wyjrzeć na ten boży świat. Takie to małe, a takie uparte, myślała z podziwem, żadna przeszkoda tego nie powstrzyma.
Ale na przekór temu, co właśnie pomyślała głowa Dziewczynki jej oczy zatrzymały się w miejscu, gdzie duża, kamienna płyta przykrywała ziemię. No cóż, z nią sobie na pewno nie poradzą, zgodziła się Dziewczynka. Nawet najtwardsza główka roztrzaska się o ten kamień. Kiedy rozejrzała się wokół zobaczyła jeszcze wiele takich płyt, a przy każdej z nich krzyż. A więc Drzewa zaprowadziły ją na cmentarz! Nic dziwnego, że nie wolno tu niczemu rosnąć, skoro to jest miejsce śmierci. Takie miejsce, w którym ludzie oddają ziemi ciała swoich zmarłych.
Wyjaśniwszy to sobie ruszyła dalej. Kiedy szła, to się jej lepiej myślało, dlatego już po paru krokach doszła do wniosku, że niby oddają, a tak naprawdę, to wcale nie oddają!
Tylko się z ziemią drażnią, dając jej pożywny pokarm, a potem nie pozwalając, żeby coś z niego wyrosło.
Co za perfidia! A może to wcale nie złośliwość, tylko złość? - pomyślała po przejściu następnych paru kroków. Przykrywają ziemię ciężkimi płytami, żeby ją ukarać za to, że zabrała im tych, których kochali. No tak, to by się zgadzało, gdyby Dziewczynka nie przypomniała sobie tego, co nie raz i nie dwa słyszała od mądrych ludzi: „Bóg dał, Bóg wziął”. A więc jednak ziemia nie ma tu nic do gadania.
I tak nie rozumiejąc i dziwiąc się ludzkiej przewrotności szła Dziewczynka Mała, szła aż doszła do niedużego, szarego domku, który stał w samym środku cmentarza. Prawdę mówiąc, miała wielką ochotę, aby go wyminąć i pójść dalej, ale nie chciała obrazić Drzew: skoro ją tu przyprowadziły, to widocznie miały po temu jakieś powody.
Ciężkie drzwi otwierały się powoli i niechętnie, w końcu jednak wpuściły Dziewczynkę do środka. Był to najzimniejszy, najbardziej ponury środek, do jakiego udało jej się kiedykolwiek wejść. W dodatku zupełnie nieciekawy: nie było w nim nic oprócz takiego podwyższenia -Dziewczynka zapomniała jak się ono nazywa - no takiego, na którym stawia się trumnę, żeby ludzie nie musieli się za bardzo pochylać, kiedy przy niej stoją. Przy tym podwyższeniu właśnie - chociaż nie było tam żadnej trumny - klęczała jakaś postać w czarnej sukni. Nie poruszyła się wcale, kiedy skrzypnęły drzwi, nie odwróciła się nawet, żeby sprawdzić, kto zakłóca jej spokój. Widocznie nie była tego ciekawa.
Co dziwniejsze – Dziewczynka też nie była. Najchętniej zamknęła by te ciężkie drzwi
z drugiej strony. Skoro jednak nie mogła tego zrobić, nie pozostawało jej nic innego, jak tylko zadać swoje sakramentalne pytanie. Upłynęło jednak sporo czasu, zanim zdobyła się na odwagę.
– Kim jesteś? – zapytała głośno. Znacznie głośniej niż to było konieczne.
Postać zaczęła powoli odwracać się, naprawdę trwało to okropnie długo, tak, że Dziewczynka zdążyła już porządnie zmarznąć, zanim mogła zobaczyć jej twarz. Była to twarz młodziutkiej dziewczyny, ale... niezwykle, niewiarygodnie wprost stara, starością starszą od wszystkiego, co mogła sobie wyobrazić Mała Dziewczynka. Twarz ta na nic już nie czekała, ani niczego się nie spodziewała: na całym świecie nie było ani jednej rzeczy, która mogłaby ją zadziwić, która mogłaby ją zaskoczyć albo poruszyć. Ach, niczego takiego nie było i być nie mogło – co do tego Dziewczynka nie miała żadnych wątpliwości. I to właśnie było najgorsze.
– Kim jesteś? – powtórzyła niepewnie, gdyż bała się tego, co usłyszy.
– Kim jestem? – powtórzyła Twarz beznamiętnie.
Kim innym mogłabym być,
jeśli nie wdową?
Nieszczęsną połową.
Tą, która została,
chociaż tak bardzo
zostać nie chciała?
Dziwnie mówiła ta Twarz, jakby zupełnie nie poruszała ustami. Jej głos wychodził nie wiadomo którędy – ni to mówił, ni śpiewał – taki wysoki i jakby zmarznięty. Nic dziwnego, że zmarznięty, pomyślała Dziewczynka, nic dziwnego – w takiej kostnicy-zmarznicy każdy by zamarzł. Ona sama, chociaż była tu od niedawna, miała już dwa lodowe kołki zamiast nóg. Chyba by to nie było zbyt zdrowo, pomyślała, gdybym tu została na dłużej.
Postanowiła, że wyjdzie stąd od razu, jak tylko dowie się, gdzie podziała się druga połowa.
– Gdzie druga, czy wiem?
Też rozpołowiona,
miedzy niebo i ziemię,
skrzętnie podzielona
– odpowiedziała Twarz bez chwili zastanowienia.
– A któż to potrafi tak podzielić? – zawołała Dziewczynka przerażona tym, co
usłyszała.
– Śmierć potrafi. Dla niej to najłatwiejsza rzecz na świecie.
– Nie wiedziałam, że Śmierć potrafi robić takie rzeczy. Myślałam, że ona układa kogoś do ziemi, a potem przykrywa ciężką kamienną płytą, aby już nic tam nigdy nie wyrosło.
– Kiedy śmierć zabrała, to ziemi oddała – zaśpiewała Twarz piskliwie, a nieprzyjemny grymas wykrzywiał ją za każdym razem, kiedy wymawiała słowo „ziemia”.
– A ziemia nieczuła,
sama go przytula,
zagarnia dla siebie,
bo już dusza w niebie,
bo już jest daleko,
nie dopłyniesz rzeką,
nie dojdziesz piechotą,
bo jesteś tu oto
gdzie ta ziemia podła,
nieczuła, niedobra
ostatnie ma słowo,
tak jak pierwsze miała,
wzięła sobie wszystko,
nic ci nie oddała.
Nie podobało się Dziewczynce to śpiewanie, nie lubiła kiedy zrzucano na kogoś całą winę. Zresztą ta Wdowa-Połowa przeczyła sama sobie: najpierw mówiła, że ziemia podzieliła się z niebem po równo, a teraz już jest sama wszystkiemu winna.
– No i co z tego, że go przytula! – zaprotestowała buńczucznie. – Czy wolałabyś, żeby już nikt go nigdy nie przytulał? Żeby był całkiem sam?
– Ja? Ja chciałabym, żeby był całkiem sam?! – zawołała Wdowa z wielkim oburzeniem i zrobiła krok w stronę Dziewczynki. – Czy dobrze usłyszałam? Ja, która oddałam mu wszystko co miałam, wszystkie myśli, wszystkie noce i wszystkie dni, i która chciałam oddać mu całe swoje życie, aż po jego kres?! Ja, która oddałam mu całą swoją miłość, niczego nie skąpiąc, niczego nie oszczędzając, która byłam z nim kiedy żył i kiedy umierał, kiedy był piękny i kiedy był odrażający, kiedy był mężczyzną i kiedy był dzieckiem – to ja właśnie według ciebie chciałabym, żeby nikt go nie przytulał?
Z każdym wypowiadanym słowem Wdowa posuwała się o krok do przodu,
a Dziewczynka cofała się, przerażona tym, co wywołała.
– Kto, jeśli nie ja, powinien go przytulać? Odpowiedz mi, Panno Sprawiedliwa, odpowiedz, kto ma do tego prawo?
– Ty, oczywiście, że Ty – wyksztusiła z siebie zupełnie skruszona Dziewczynka, która nigdy jeszcze nie słyszała o tak wielkim poświęceniu. – Przecież to twój mąż. – kajała się jak mogła.
– Mąż? – zdziwiła się wdowa i przystanęła. I znieruchomiała po dawnemu:
– Ja męża nie miałam.
Jeszcze nie rozkwitłam,
już się zestarzałam.
Jeszcze nie zaczęłam,
a już zakończyłam.
Jeszcze nic nie jadłam ,
już miski umyłam.
– Jak więc możesz być wdową, skoro nigdy nie byłaś żoną? – wyrwało się Dziewczynce, zanim pomyślała, co robi.
– Byłam narzeczoną,
jemu przeznaczoną.
Żoną - nie zdążyłam,
bo już wdową byłam.
– A więc ty jesteś Narzeczona-Wdowa – szepnęła Dziewczynka z podziwem. Ale ona nie zwracała uwagi na jej szepty. Ona śpiewała piosenkę, swoją własną piosenkę, którą znała tak dobrze, a której wciąż jeszcze nie wyczerpała:
– Po początku koniec,
albowiem na środek
miejsca nie starczyło,
ledwo się zaczęło,
a już się skończyło.
– Ależ to się nigdy nie kończy! – zawołała Dziewczynka w przypływie współczucia. Tak bardzo chciała pocieszyć Narzeczoną-Wdowę, tak bardzo chciała jej pomóc. Bo to było takie niesprawiedliwe, takie okropnie niesprawiedliwe, że ona musiała tu siedzieć w tej ciemnicy-kostnicy, kiedy tam, na zewnątrz był taki słoneczny, taki piękny dzień przedwiosenny. Więc zaczęła jej żarliwie opowiadać o słońcu i zapachu świeżej ziemi,
o ptakach, które niedługo przylecą i o drzewach, które już czekają.
Na Narzeczonej-Wdowie ta barwna opowieść nie zrobiła najmniejszego wrażenia, dopiero – ku wielkiemu zaskoczeniu Dziewczynki – wzmianka o Drzewach poruszyła ją do żywego:
– A więc one też mnie zdradziły! – zawołała z goryczą. – A tak przyrzekały, że nigdy już nie rozkwitną, że zawsze już płakać nade mną będą. A teraz wyciągają ręce do ptaków, te same zdradliwe ręce, które załamywały nad moim miłym.
Była tak oburzona, że aż musiała wstać.
– Ach, wiem, zdrajcy, wiem, wyciągacie je do góry, do słońca, bo chciałybyście nieba dosięgnąć! Ale wam się nie uda, tak jak i mnie się nie udało, bo was ziemia nie puści. Bo was ziemia trzyma i trzymać będzie tak długo, aż wam ręce opadną ze zmęczenia, aż wam odpadną zupełnie i wtedy ona się nimi pożywi, wtedy wessie w siebie ta ziemia nienasycona. Jakbyście bardzo nie wyciągały się do góry, to i tak w końcu będziecie musiały opaść w dół, a ona będzie waszym grobem – ta sama która była waszą kołyską. Od niej wszystko się zaczyna i do niej powraca:
– Ta sama zabiła,
która urodziła.
Żadna inna kosa
niepotrzebna była
– zaśpiewała w natchnieniu, z jakąś ponurą satysfakcją.
– Ha, a więc sama widzisz, jak to jest! – zwróciła się nagle do Dziewczynki. – Sama widzisz: tylko rodzenie i zabijanie, tylko o to jej chodzi, tylko to potrafi! Jak możesz nawet porównywać ją z niebem – zapytała gniewnie, chociaż Dziewczynce nie przyszło nawet do głowy, aby porównywać.
– Z niebem, które jest poza życiem i poza śmiercią. Poza bólem narodzin i poza bólem umierania. Poza początkiem i poza końcem. I – co najważniejsze – poza idiotycznym, niczemu nie służącym i do niczego niepodobnym środkiem!
– A więc nie ma tam ani początku, ani środka, ani końca? – dopytywała się Dziewczynka, która poczuła się zupełnie ogołocona po tym, co usłyszała.
– Niebo, to nie szkolne wypracowanie, moja mała, głupiutka dziewczynko. Nie potrzebuje ani wstępu, ani rozwinięcia, ani tym bardziej zakończenia.
Dziewczynka nie potrafiła sobie jakoś tego wyobrazić, chociaż była dziewczynką, której wszystko można było zarzucić, tylko nie brak wyobraźni.
– No to co tam jest w tym niebie, skoro jest poza wszystkim? – pytała zdesperowana.
Jednak, z niewiadomych powodów to niewinne pytanie okropnie Wdowę zdenerwowało.
– Och, co tam jest? Skąd mogę wiedzieć, co? – odburknęła. – Tam jest wieczna szczęśliwość. A tu? Wieczna udręka. Nie zaprzeczysz chyba, że jest to pewna drobna różnica.
Oczywiście Dziewczynka nie zaprzeczyła. No bo niby i jak mogła zaprzeczyć, albo potwierdzić, skoro straciła nagle wszystkie punkty odniesienia. Nie czuła się wygodnie: ziemia usunęła jej się spod nóg, a niebo wcale przez to nie przybliżyło. Prawie zazdrościła Narzeczonej-Wdowie, która przynajmniej znała właściwy kierunek.
– A więc dlaczego też tam nie pójdziesz? – zapytała.
– Gdzie nie pójdę? – nie rozumiała Wdowa.
– No, do nieba, skoro na ziemię tak wyrzekasz, skoro jej się całkiem wyrzekasz, to dlaczego jej nie zostawisz i nie pójdziesz sobie do nieba?
Kiedy słowa te dotarły do Narzeczonej-Wdowy jej twarz skurczyła się nagle, poszarzała i postarzała jeszcze bardziej.
– Masz rację, nie pójdę do Nieba. – zgodziła się potulnie. – Nie pójdę, bo moja miłość tam nie sięga. Czy wiesz, że nawet nie pamiętam już, jak On wyglądał – poskarżyła się niczym mała dziewczynka. – Za dużo obrazów pod moimi powiekami... ach, czemuż lgnę do nich pozwalając, aby mi go przesłoniły! Gdybym kochała prawdziwą, nie znającą granic miłością – wykłułabym te oczy, aby już niczym innym nie mogły się zachwycić. Zatkałabym uszy, aby nie słyszały słów żadnych innych oprócz tych, które wychodziły z jego ust. Odcięłabym sobie ręce, aby już nikogo nie obejmowały, skoro Jego objąć nie mogą. Ach, gdybym znała miłość prawdziwą, nie mówiłabym do ciebie, skoro do Niego mówić nie jestem w stanie. Ach, nie jestem! Nie jestem wierną kochanką!
– Ale dlaczego, dlaczego nie możesz nią być? – zawołała Dziewczynka ze łzami
w oczach.
– Bo tu nie może być prawdziwej miłości – tej, która nie zna granic. – Ledwo wyciągniesz rękę, a tam już ściana.
Dziewczynka machinalnie wyciągnęła rękę, żeby sprawdzić: rzeczywiście, była niedaleko, tak szara i tak banalna, jak to tylko ściana być potrafi.
– Sama widzisz, że tutaj wszystko jest stąd-dotąd.
Dziewczynka widziała.
– Stąd-dotąd, nigdy dalej! Nigdy szerzej, nigdy głębiej! No bo niby i jak miałoby przeskoczyć swoje granice, skoro jest takie przy-ziemne – zakończyła Wdowa ze wstrętem.
A jednak nie, jeszcze nie skończyła. Coś w niej tam jeszcze wypychało słowa, wyrzucało je bezładnie na powierzchnię.
– Ale ty sobie nie myśl, że ja się kiedykolwiek z tym pogodzę! O nie, o tym nawet nie ma mowy – zapewniła rozglądając się wokół, jak gdyby szukała wzrokiem szpiegów ukrytych
w kątach kostnicy.
– Musisz wiedzieć – zniżyła głos do szeptu. – Musisz wiedzieć, że znalazłam na nią sposób. Chociaż tak to wszystko sprytnie urządziła, żeby było takie byle jakie, żeby kończyło się, ledwie się zaczęło, żeby nie trwało dłużej niż chwila, to jednak znalazłam sposób, aby ją przechytrzyć. Dlatego właśnie się tu zamknęłam, dlatego się ukryłam, aby mnie nie wypatrzyła, aby mnie nie uleczyła swoimi czarami przyziemnymi z mojego bólu bezbrzeżnego. Widzę, że się dziwisz, że jeszcze nie rozumiesz. Tak, to on jeden nie będzie miał kresu, nie będzie miał końca w tym świecie, w którym wszystko przemija, on jeden, mój ból. Będę go sobą karmiła, swoją rozpaczą żywiła, dlatego nie umrze, zanim ja nie umrę. To on właśnie otworzy mi drogę do Nieba, on jeden – czysty i nieskalany.
Dziewczynka nic na to nie odrzekła, albowiem nie mogła nawet poruszyć ustami, tak już zesztywniały, tak bardzo skostniały od zimna. Nie mogła poruszyć ani ręką, ani nogą, albowiem kostnicowe zimno rozpełzło się po całym ciele wymrażając powoli, lecz skutecznie całe ciepło, na jakie napotykało. Tak więc Dziewczynka stała nieporuszona wpatrując się
w pochylone plecy Narzeczonej-Wdowy, która na powrót skryła twarz w ramionach. I stała tak bardzo, bardzo długo. I zostałaby tam już na zawsze Dziewczynka Mała, gdyby nie przyszło jej nagle do głowy, że nikt oprócz niej nie wie o istnieniu Narzeczonej-Wdowy.
A skoro nie wie, to nie przyjdzie tu z niczym ciepłym, aby ją ogrzać. A jak nikt jej nie ogrzeje, to niedługo zlodowacieje ona już do końca, albowiem kostnicowe zimno nie oszczędza nikogo, a tym bardziej wdów. Nie ma rady, muszę jakoś się rozruszać, żeby zawiadomić Królową, póki jeszcze nie jest za późno.
I jak pomyślała, tak też zrobiła, bo przecież nie miała innego wyjścia. Nie zajęło jej to wiele czasu, gdyż znała sekretne przejście. Tajemne przejście – tylko jej wiadome, z którego mogła skorzystać, kiedy tylko tego potrzebowała. A teraz właśnie potrzebowała, jak jeszcze nigdy dotąd, bo nie miała czasu do stracenia. Czyż mogła sobie pozwolić na opieszałość, kiedy tam Narzeczona-Wdowa w każdej chwili mogła zamienić się w kostkę lodu? Oczywiście, że nie mogła, więc nie pozwoliła. I nie upłynęło czasu wiele – nawet tyle, ile potrzeba na załamanie rąk – a ona już była w ogrodzie Królowej.
Dlaczego nie w pałacu? Przecież tam właśnie powinna siedzieć każda Królowa:
w złotej koronie na wysokim tronie. Przynajmniej tak by wypadało. Ale Królowa naszej Dziewczynki nigdy nie zamykała się w pałacu, nie było też siły zdolnej zmusić ją do nudzenia się na wysokim tronie. Po prostu uważała, że nie od tego jest się Królową, aby zadawać sobie tortury. Korony nie wyjmowała wcale ze skarbca, w którym ją zamknęła, a potem zgubiła klucz, aby mieć pewność, że nigdy już nie będzie jej zawracała głowy. Dlatego właśnie Dziewczynka szukała jej w ogrodzie, w którym Królowa spędzała całe dnie.
Dziwny to był ogród. Dziewczynce nigdy nie udało się stwierdzić, gdzie on się kończy, a gdzie zaczyna: z której by strony nie nadeszła, z tej właśnie się ku niej otwierał i wpuszczał do środka. Środek był tam, gdzie tryskała Fontanna – jeśli się o tym wiedziało, to już bardzo łatwo można było odnaleźć Królową, nazywaną też przez Dziewczynkę Tańczącą Królową albo Królową Purpurowej Sukni.
Już z daleka widać było czerwoną plamkę wirującą wokół Fontanny. Tak pięknie, tak mocno, tak intensywnie czerwoną, że nie mogły jej przesłonić nawet kwiaty bujnie pleniące się wokół. Jakie to dziwne, pomyślała Dziewczynka. Jeszcze na dobre nie skończyła się zima,
a tu już kwitną kwiaty. I wtedy uprzytomniła sobie, że one tu przecież zawsze kwitną, niezależnie od pory roku. Że też wcześniej tego nie zauważyłam, dziwiła się sobie samej. Jak Królowa to robi, że ziemia nigdy tu nie zamarza?
Ale oto i ona sama nadchodzi już szeleszcząc purpurą i złotem. Ależ tak! To przecież suknia Królowej, olśniło ją nagle. To z niej ten ogień, ten żar, to z niej całe ciepło, które ogrzewa ziemię!
Królowa nie posiadała się z radości, że znowu widzi Dziewczynkę. Tak dawno jej tu nie było. Ale Dziewczynka nie miała czasu na żadne czułości.
– Potrzebuję nieco czerwieni z Twojej sukni, aby ogrzać Narzeczoną-Wdowę – od razu przystąpiła do rzeczy.
– A więc ona ciągle jeszcze siedzi w kostnicy? – zdziwiła się Królowa.
– A więc ty już ją znasz? – jeszcze bardziej zdziwiła się Dziewczynka, która nagle,
z niewiadomych powodów poczuła się okropnie rozczarowana.
– Cóż by to była ze mnie za królowa, gdybym nie znała mojego królestwa! A wiec mówisz, że ona nie wypłakała jeszcze wszystkich łez.
– Daleko jej jeszcze do końca – zapewniła Dziewczynka, – a mróz tam coraz większy, zimno tak okropne, iż boję się, żeby nie zamarzła, zanim do tego końca dojdzie.
– Dlaczego w takim razie nie oddałaś jej swojej własnej, czerwonej sukieneczki? – zapytała Królowa.
– Czerwonej sukieneczki? – nie rozumiała Dziewczynka. Była święcie przekonana, że jej sukienka jest żółta, tak żółta, jak słonecznik.
Ale Królowa nie kłamała. Kiedy Dziewczynka przyjrzała się sobie dokładnie, musiała przyznać jej rację: to była najczerwieńsza czerwień, jaką tylko można sobie wyobrazić.
– Jak to się stało, że nie zauważyłam? – zawstydziła się okropnie. Popatrzyła pytającym wzrokiem na Królową, ale ona – jak to ona – nie miała najmniejszego zamiaru jej niczego wyjaśniać. Nie wyglądała też wcale na zmartwioną.
– Przynajmniej nikt nie może posądzić cię o próżność – rzekła z uśmiechem.
Ale Dziewczynka, zamiast pocieszyć się tymi słowy, jeszcze bardziej się speszyła. No bo niby i jak miała by ubrać w swoją małą sukienkę taką całkiem dorosłą panią, która była
o wiele, o wiele za duża, żeby się w nią zmieścić.
– Oczywiście, że jest za duża – zgodziła się Królowa. – Ale nie martw się, przyjdzie czas, że zmaleje. Z każdą wypłakaną łzą robi się odrobinę mniejsza, o tyle właśnie, ile miejsca potrzebowała, aby ją w sobie pomieścić. Kiedy wypłacze wszystkie łzy, jakie jej pozostały, wtedy będzie już tak mała, że bez trudu zmieści się w twojej sukieneczce.
Dziewczynka słuchała Królowej z buzią szeroko otwartą ze zdziwienia. Nawet przez chwilę nie wątpiła w jej słowa, ale nie mogły się one jakoś pomieścić w jej małej, do reszty już skołatanej główce. Więc jak to jest, myślała, że najpierw trzeba tak długo rosnąć i rosnąć,
i tak się starać i trudzić, żeby potem znowu trzeba było maleć i maleć, aż się całkiem zmaleje?
– Zmaleje, zmaleje – jak echo powtórzyła Fontanna.
– Co tam ona śpiewa po swojemu? – zastanowiła się Dziewczynka i nadstawiła ucha.
– Zmaleje, zmaleje – zapewniała Fontanna niestrudzenie.
– To już słyszałam – niecierpliwiła się Dziewczynka. – Ale co dalej?
– Zmaleje, zmaleje – nie zniechęcała się Fontanna.
– Co tanie – zdrożeje,
co nieme – zaśpiewa,
powróci do drzewa,
do soku, do liści,
korzeniem uiści
zapłatę potrzebną
by mogła być biedną,
golutką, malutką
dziewczynką głupiutką.
Zmaleje, zmaleje,
gdy tanie zdrożeje,
gdy głuche – odgłuchnie,
płomieniem wybuchnie,
parzącym, gorącym,
ból cały trawiącym,
bo w lodzie on mieszka,
jak w mieszku orzeszka,
czerwony, nie biały,
okryje cię całą,
sukienką cieplutką
dziewczynki malutkiej.
W drodze powrotnej Mała Dziewczynka nie skorzystała z tajemnego przejścia. Wracała zwyczajną drogą, bo przecież nie musiała już się spieszyć. Wracała górami i dolinami, wracała polami i łąkami, przez ciemny las i modrą rzekę. Miała czas.
Gdyby przyszła za szybko, musiałaby stać nad nią, jak kat nad dobrą duszą. I po cóż miałaby tak stać, skoro wiedziała, że łez nie da się poganiać, bo płyną powoli? Wolno, wolniusieńko, żeby można je było poczuć. Wolno, wolniusieńko, żeby można było spróbować, jak smakują: gorzko i słono, jak łzy właśnie smakować powinny. Nie spieszyła się, bo wiedziała, że od tej goryczy robią się one okropnie ciężkie, tak ciężkie, jak właśnie potrzeba. A przecież – im cięższe one były, tym lżejsza robiła się Narzeczona-Wdowa. Im wolniej one płynęły, tym szybciej ona malała.
Dlatego Dziewczynka szła górami i dolinami, szła polami i łąkami, przez ciemny las
i modrą rzekę. Nie spiesząc się, szła pomalutku, aby przyjść na czas.
Zacytuj artykuł
|