Odklęta Królewna Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
06.06.2008.
 Kiedy dasz wolność małej dziewczynce, która mieszka w tobie, tej właśnie, która nie wstydzi się pytać o to, co dla wszystkich oczywiste i samo przez się zrozumiałe, kiedy więc zacznie ona chodzić swoimi drogami, możesz być pewna, że wlezie tam, gdzie nikt jej nie prosił. Ba, nawet do takich miejsc znajdzie dojście, co do których umówiłyśmy się, że już nie istnieją. A jeśli nawet, to na pewno nie dotyczą kobiet wyemancypowanych i niezależnych, kobiet o szerokich horyzontach, umyśle jasnym i wykształconym, wolnym od babskich przesądów, czyli nas właśnie.

Ach, ta dziewczynka! Jakaż ona politycznie niepoprawna, jak nieobliczalnie szczera! Nie dość, że wejdzie w basń już nieaktualną i przeterminowaną, że znajdzie to, cośmy wspólnymi siłami tak dobrze, tak skutecznie przed samymi sobą schowały, to jeszcze weżmie to ze sobą, wywlecze na światło dzienne, z tego tylko powodu, że „ nie rozumie, jak można porzucić już porzucone, albo odrzucić odrzucone”
No i masz wtedy babo placek! Masz niepowtarzalną okazję, żeby dokonała się przemiana, ta właśnie, o której nie wiedziałaś nawet, że jest możliwa. A kiedy już się dokona, nie będziesz się mogła nadziwić, że byłaś-żyłaś kiedykolwiek kim innym, jak tylko królową swojego życia, panią swego królestwa, tańczącą wokół żródła, które dla ciebie tylko bije, dla nikogo więcej.


Anija Miłuńska 
Odklęta Królewna


O tym, jak Dziewczynka znalazła Porzuconą Torbę,
a potem wzięła ją sobie na plecy i co z tego wynikło


Dziewczynka wspinała się górską ścieżką, tak wąską, że z trudem dało się na niej postawić jedną małą stopę. Dwie na raz – to byłoby już za dużo. Dlatego Dziewczynka stawiała kroki z takim skupieniem z jakim potrafią to robić tylko małe dziewczynki, kiedy idą górską ścieżką po prawej ręce mając nagą stromą skałę, a po prawej – bezdenną przepaść. Oczywiście, że bezdenną. Co do tego Dziewczynka nie miała żadnych wątpliwości. Tylko takie przepaści liczą się naprawdę: reszta to scenografia. Tak właśnie myślała, dzięki czemu nie musiała się zatrzymywać, żeby upewnić się co do bezdenności, tego, co bez dna, ani nagości tego, co nagie. Żadne dowody nie były tu potrzebne: okolica, w jakiej znalazła się Dziewczynka była – delikatnie mówiąc – dzika i bezludna. Dlaczego tam się właśnie znalazła, na ścieżce tak wąskiej – nie wiem. Jedno jest pewne, że nikt jej do tego nie zmuszał. Naprawdę nikt. Nawet ona sama. Nikt nie wiedział też, po co wyruszyła. Nawet ona sama tego nie wiedziała: po prostu, nagle odkryła, że wspina się górską ścieżką tak wąską, że z ledwością dało się na niej postawić jedną, małą stopę. Dwie na raz – to byłoby już za dużo. Dlatego szła nie przystając ani na chwilę, szła bez ustanku, cały czas do góry, bo nie było innego kierunku. Aż doszła na szczyt, co poznała po tym, że przestała się wspinać. Poruszała się po omacku, bo gęsta mgła panoszyła się tam niepodzielnie. A może to były chmury? Spowijały szczelnie stare zamczysko, a właściwie to, co z niego pozostało.
–Tak, to musiał być kiedyś mocny zamek, myślała Dziewczynka przechodząc z jednej wilgotnej i pustej komnaty do drugiej, równie pustej i zimnej. Nigdzie nie było żywego ducha. Tylko nędzne resztki minionej świetności walały się po kątach nikomu już niepotrzebne.
Nieźle mi się doszło, pomyślała Dziewczynka zniechęcona nieco. Doprawdy, trudno było gorzej!
Przycupnęła w kąciku, który wcale nie był przytulny, a wręcz przeciwnie. No bo niby jak miał być przytulny, skoro nie było w nim nic miękkiego ani ciepłego – tylko gołe ściany, twarde i zimne. Żeby chociaż jakieś myszy straszyły mnie pokątnym chrobotaniem, zatęskniła Dziewczynka. Albo czarne wrony uderzały skrzydłami o zamkowe okna przeraźliwym krakaniem podkreślając grozę sytuacji. A tu nic: nawet grozy. Tylko pustka i cisza. Tylko one dwie.
Dziewczynka siedziała w swoim odpychającym kąciku, a czas wcale nie chciał mijać: ani szybko, ani powoli. Może dlatego, że w ogóle omijał miejsca tak puste i martwe jak to, do którego dotarła Dziewczynka? Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było, pomyślała sobie. Ostatecznie można od niego oczekiwać znacznie więcej rozumu niż od małych dziewczynek.
Nie mając nic innego do roboty siedziała tak i siedziała, aż w pewnej chwili – bo niewątpliwie była to chwila – coś westchnęło raz, a potem drugi. Okropnie ciężkie to było wzdychanie, jakby góra wzdychała. Albo raczej ... coś malutkiego, co zostało przygniecione ciężarem tak wielkim jak góra.
Dziewczynka nadstawiła uszu: teraz coś popłakiwało cichutko. Och, ledwie dosłyszalne było płakanie, ale krajało ono serce dziewczynki na tysiące małych kawałeczków. Tak płakać może tylko coś, co zostało zgubione, coś czego nikt nigdy nie szukał i na pewno nie będzie już szukał, a ono wie o tym i dlatego płacze tak cichutko. Bo i po cóż miałoby płakać głośniej?
Dziewczynka wytężyła wzrok: w półmroku coś leżało przed nią i leciutko drżało od płaczu.
Wyciągnęła przed siebie rękę i dotknęła tego czegoś, co było miękkie i pomarszczone jak ... jak skóra. Gładziła ją delikatnie swoją małą, ciepłą rączką, gładziła z czułością – tak długo, aż zrobiła się ciepła i przestała drżeć. Wtedy odważyła się zapytać:
–Kim jesteś?
–Jestem Porzuconą Torbą – usłyszała w odpowiedzi. –Taka właśnie jest prawda. Nie jestem niczym więcej, jak tylko Starą, Porzuconą Torbą!
Tyle było goryczy w tym głosie, że żaden rozsądny człowiek nie odważył by się pytać już o nic więcej. Ale Dziewczynka nie była rozsądna, więc powiedziała:
–No dobrze, ale kto cię tutaj porzucił?
–On.
–Jaki „on”?
–Królewicz.
–Aha, rozumiem – brnęła dalej Dziewczynka. – Znalazł sobie nową, lepszą torbę więc ciebie wyrzucił?
–Nic nie rozumiesz! Nic, a nic! – krzyczała Porzucona Torba. – Nikt mnie nie rozumie. Zupełnie nikt.
I zaczęła płakać i szlochać tak głośno, że Dziewczynka umilkła przerażona. Nie miała pojęcia czym tak bardzo rozgniewała Torbę, ale w jednym musiała przyznać jej rację: nie rozumiała nic, ale to zupełnie nic.
–Może byłoby lepiej, gdybyś opowiedziała mi swoją historię od samego początku.
–Od Początku? – zamyśliła się Torba. – Chyba będzie lepiej, jeśli zacznę od tego, co było przed Początkiem. Byłam wtedy Zaklętą Królewną – mówiła niepewnie, jakby z trudem przypominała sobie tak odległe czasy. –Zła Czarownica porwała mnie z domu Królowej Matki i Króla Ojca i zamknęła w tym pustym zamku, gdzie nie było nikogo, kto mógłby podziwiać moją urodę. Bo musisz wiedzieć, moja mała, że byłam wtedy niezwykle piękna, tak piękna, jak właśnie powinna być Prawdziwa Królewna. Zła Czarownica, która była oczywiście odrażająco brzydka nie mogła tego znieść, więc z zazdrości, z podłej zawiści zamknęła mnie w tym odludnym miejscu, gdzie całe to piękno marnowało się, gdyż żadne oczy nie mogły się nim zachwycać. I byłoby się całkiem zmarnowało, gdyby nie przyjechał Dzielny Rycerz, który nie bał się ani złych czarów, ani siedmiogłowego smoka broniącego dostępu do zamku. Wystarczyło, że wyjął swój miecz i ciach, ciach – wszystkie smocze głowy, jedna za drugą poleciały w przepaść, a Zła Czarownica uciekła przerażona, aby już nigdy nie powrócić!
–Ależ on musiał być odważny! – zawołała Dziewczynka z podziwem.
–Oczywiście, że był odważny. Najodważniejszy ze wszystkich rycerzy, jacy kiedykolwiek dosiadali konia. A do tego niezwykle szlachetny i mądry. No... po prostu... – –widać było, że nie znajduje właściwych słów, aby go opisać. – Po prostu Królewicz... jedyny na świecie...
–Wiem, już wiem, co będzie dalej! – przerwała jej Dziewczynka, ale naprawdę nie mogła się powstrzymać, bo wprost pękała z radości. –Przyjechał Król Ojciec i Królowa Matka
i wyprawili wam huczne wesele, a potem żyliście długo i szczęśliwie.
–Tak właśnie było – potwierdziła Stara Torba najwyraźniej zaskoczona domyślnością Dziewczynki. Przez te wszystkie szczęśliwe lata nie widziałam nikogo poza nim, chociaż nasz dom odwiedzali dzielni rycerze z całego świata. Ach, jakże radosne to były czasy – westchnęła z żalem. –Jakież bale widziały ściany tego zamku, jakie wspaniałe turnieje! A potem wszystko zamierało, bo oni wyjeżdżali na wojnę, na kolejną rycerską wyprawę. Zawsze wtedy stałam w tym właśnie oknie i powiewałam mu chusteczką, żeby wiedział, że ktoś na niego czeka. A kiedy wracał, opatrywałam jego rany i leczyłam tak długo, aż wszystkie się zagoiły.
–Żeby mógł znów odjechać – domyśliła się Dziewczynka. –Czy on naprawdę nie mógł zostać w domu?
–Ależ skąd! – oburzyła się Królewna. –Czyżbyś nie wiedziała, ile zła jest na tym świecie, zła, które koniecznie trzeba zwalczyć? Ile potworów do pokonania i ile skarbów do zdobycia? Gdyby został w domu, to inni rycerze zdobyliby wszystkie zasługi, a wtedy on nie byłby już najdzielniejszy. Byłby zwyczajnym, najzwyczajniejszym w świecie rycerzem, a do tego nie mógł przecież dopuścić.
–Ale dlaczego? – nie mogła zrozumieć Dziewczynka. –Czyżbyś go wtedy przestała kochać?
–Ależ skąd! Kochałam go kiedy wygrywał tak samo jak wtedy, kiedy przegrywał. I to był chyba mój błąd – dodała po namyśle.
–Błąd, że go kochałaś? – Dziewczynka znowu czuła, że zaczyna się w tym gubić.
–Błąd, że czekałaś?
–Tak, czekałam. Ciągle czekałam i tęskniłam. Nie uwierzysz do jakiej wprawy można dojść w tęsknieniu. Potrafię tęsknić nocą i dniem, przez cały czas, nie robiąc przerwy ani na chwilę... Ani na jedną krótką chwilę... Tak, teraz widzę, że to był mój błąd.
Dziewczynka nic nie odpowiedziała, chociaż miała ochotę powiedzieć niejedno.
A właściwie wykrzyczeć, że się nie zgadza, że to wszystko nie tak, jak być powinno. Ale coś jej mówiło, że lepiej będzie, jeśli zachowa to dla siebie. Dlatego zacisnęła wargi i słuchała dalej.
–Pewnego dnia oświadczył mi, iż odkrył w sobie taką potrzebę, aby zmierzyć się
z kolejnym smokiem. Na świecie jest przecież wiele zaklętych królewien, które pragną być wyzwolone – nie tylko ja jedna. A on czuje, iż mógłby im to dać, więc jeśli go naprawdę kocham, to powinnam zrozumieć.
–No i co? – wyksztusiła Dziewczynka – zrozumiałaś?
–Starałam się . . . Naprawdę się starałam, więc go nie zatrzymywałam. Moje usta chciały zawołać: „Nie, nie zgadzam się”, ale im na to nie pozwoliłam. Moje nogi chciały go dogonić, ale nie zrobiły ani jednego kroku, bo kazałam im stać w miejscu.
–Dlaczego nie pozwoliłaś im zrobić tego, na co miały ochotę? Dlaczego byłaś dla nich taka niedobra?
–Nie miałam innego wyjścia. Naprawdę, nie miałam! Królewna nie może prosić... gdyby poniżyła się tak bardzo, to nie byłaby już dłużej Królewną, tylko... tylko...
–Porzuconą Torbą?
Przez długi czas milczały obie, nie znajdując żadnych słów, które dałoby się tu jeszcze powiedzieć. Dziewczynka zastanawiała się, czy nie byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby nie była dziewczynką aż tak szczerą i domyślną.
–Sama widzisz – odezwała się w końcu Zaklęta Królewna – że są czary silniejsze od ciebie. Jak bardzo byś się nie starała, to i tak nic nie poradzisz.
Dziewczynka wiedziała, ale nic jej to nie pomagało. Nic a nic. Była przekonana, że zawsze można postarać się jeszcze bardziej. I jeszcze. I jeszcze.
–Każde dziecko wie – rzekła przekornie, – że na każdy zły czar, nawet ten najźlejszy jest jakiś sposób. Trzeba tylko wiedzieć jaki.
–Oczywiście, że jest, ale do tego potrzebny jest Prawdziwy Królewicz. Nikt inny nie może zdjąć złego czaru z Zaklętej Królewny, tylko on właśnie. Kłopot w tym, że odkąd nie strzeże mnie żaden smok, nie pojawił się tu żaden Królewicz. Wiesz, czasem zastanawiam się, czy tak naprawdę nie chodzi im głównie o tego smoka...
Dziewczynka nie znała się ani na smokach, ani na królewiczach, dlatego wolała nie wypowiadać się na ten temat. Było jednak w zachowaniu Królewny coś, co ją okropnie złościło: taka jakaś staroświecka płaczliwość i niezaradność. Przecież mogłaby sama wyruszyć na poszukiwanie Królewicza – skoro jej potrzebny – zamiast czekać, aż któryś łaskawie zechce tu przybyć.
–Wyruszyć na poszukiwanie Królewicza??? Jak mogę wyruszyć, skoro nie mam już nóg aby iść, ani oczu, aby znajdować drogę. Nie możesz za wiele wymagać od Starej Torby. Nie ma ona nawet rąk, aby podnieść siebie samą.
–Ale ja mam ręce – zawołała Dziewczynka i aby nie być gołosłowną podniosła Torbę do góry. Nie była nawet taka ciężka, na jaką wyglądała.
–A co do nóg, to też nie ma powodu do zmartwień: skoro dały radę wejść na tak ogromną górę, to na pewno potrafią też z niej zejść.
Porzucona Torba, to znaczy... Zaklęta Królewna była już prawie przekonana. Pozostała tylko jedna mała wątpliwość: Czy aby na pewno Królewicz-Odnaleziony-w-Celu-Zdjęcia-Złego-Czaru będzie miał tę samą moc czarodziejską, co Królewicz-Któremu-Łaskawie-Pozwalasz-się-Odczarować?
–O tym przekonamy się, kiedy już go znajdziemy – odrzekła rezolutnie Dziewczynka. Najwyraźniej nie miała ochoty zostać w tym ponurym miejscu ani chwili dłużej.
–Czy pamiętasz w którą stronę do wyjścia?
–Oczywiście, moja maleńka. Idź cały czas w prawo, a na pewno nie zabłądzisz.
Dziewczynka zarzuciła sobie Torbę na plecy i dziarskim krokiem ruszyła przed siebie. Była taka szczęśliwa. Znowu mogła wędrować, i to w dodatku w swoim ulubionym kierunku! Nie ma nic bardziej przygnębiającego od zbyt długiego siedzenie w jednym miejscu. Zawsze tak uważała. Najtrudniej oczywiście zrobić ten pierwszy krok, ale potem już samo się idzie. Jeszcze chwila i wyjdziemy z tego okropnego zamczyska, to już na pewno ostatnia komnata.
A jednak nie! Jeszcze jedna... i jeszcze...
Jak to możliwe, dziwiła się Dziewczynka, żeby tyle komnat zmieściło się w budowli tak małej, na szczycie góry tak stromej? A może ona tylko wydawała się mała, bo mgła zasłaniała resztę? No tak, mgła wszystko wyjaśnia! Jeszcze trochę cierpliwości... i wyjdziemy na świeże powietrze...Niestety, nawet cierpliwość kiedyś się kończy, a komnaty zamkowe skończyć się nie chciały.
–Obawiam się, że idziemy w złą stronę – powiedziała w końcu Dziewczynka do Królewny Zaklętej. – Nie widzę innego wyjścia, jak tylko zmiana kierunku!
–Ależ to niemożliwe – zaprotestowała Królewna – przecież pamiętam doskonale, że zawsze szło się w tę stronę, którą pokazywała prawa ręka.
–Nie zapominaj, że od dawna już nie masz rąk, więc mogło ci się pomylić – wypaliła Dziewczynka, bo bardzo już była zmęczona, a poza tym nie lubiła, kiedy wszystko układało się inaczej, niż to sobie wymarzyła. Ostatecznie, powinny być jakieś granice przyzwoitości!
–Chyba masz rację – wyksztusiła po długiej przerwie Królewna. –Niewykluczone, że teraz prawa strona będzie tam, gdzie lewa ręka ... to znaczy chciałam powiedzieć tam, gdzie powinna być.
Dziewczynka nic nie odpowiedziała, tylko odwróciła się na pięcie i poszła z powrotem przed siebie. Prawdę mówiąc nie miała innego wyjścia. Szła i szła, i szła, i szła, i... doprawdy, czy ten dom nie ma końca? Za każdym razem była pewna, że komnata w której się znajduje jest tą ostatnią, a potem otwierała drzwi i tam, gdzie powinien być zamkowy dziedziniec wyrastała następna komnata, dokładnie taka sama jak poprzednia.
–A więc to tak! – wykrzyknęła Dziewczynka. – Ten zamek rozrasta się w nieskończoność. Im dłużej idziemy, tym robi się większy. I większy! I większy! W ten sposób nigdy z niego nie wyjdziemy. Słyszysz? Nigdy!
Ale Królewna milczała jak zaklęta. Najwidoczniej straciła resztki nadziei. Zresztą, nigdy jej nie miała. Tak naprawdę, to tylko Dziewczynka chciała znaleźć wyjście. Ależ była naiwna, sądząc, że obie chcą tego samego. Doprawdy, trudno byłoby znaleźć dziewczynkę głupszą od niej. Była tak zmęczona, że ledwie trzymała się na nogach. Miała ogromną ochotę, żeby choć na chwilę zdjąć z pleców ten okropny ciężar, chociaż na jedną, króciutką chwilkę. Właściwie, z jakiego powodu miałaby się tak dalej męczyć? Przecież nikt jej do tego nie zmuszał. Być może nawet nikt tego nie chciał. A więc dobrze, zdejmie Torbę i zostawi ją tutaj, gdzie jest jej miejsce.
I jak pomyślała, tak właśnie by zrobiła, gdyby nie przyszło jej nagle do głowy, że przecież ona już jest zostawiona! A przecież nie da się zostawić zostawionego, ani porzucić porzuconego? No bo niby jak?
Być może ktoś mniej zmęczony, a bardziej wykształcony potrafiłby rozstrzygnąć ten problem w sposób prawdziwie filozoficzny. Ale Dziewczynka nie potrafiła. Czuła, że tego nie da się zrobić, ale dlaczego – tego nie umiała wyjaśnić. Myślała i myślała, ale nic nie mogła wymyślić, gdyż miała w głowie zupełną pustkę. Taką, od której głowa robi się okropnie ciężka, tak ciężka, że trzeba ją ze wszystkich sił podtrzymywać, żeby całkiem nie opadła, a oczy wpatrują się bezmyślnie w podłogę, jakby mogły z niej wyczytać jakąś odpowiedź.
Ależ tak! Podłoga! A właściwie to, co jest pod nią. Że też wcześniej o tym nie pomyślała! Przecież w takim starym zamku muszą być podziemne lochy, a w nich sekretne przejścia, którymi ucieka się w razie niebezpieczeństwa. Jak mogła zapomnieć o czymś tak prostym i oczywistym? Oczywiście, tylko tędy droga, przez Podziemia. Coraz niżej i niżej, schodek po schodku ... okropnie śliskie te schody, w ciemności łatwo można się potknąć. Trzeba uważać, trzeba bardzo uważać. Żeby tylko nie nadepnąć na ogon jakiegoś szczura... A prawda, tu przecież nie ma żywego ducha. To i dobrze, że nie ma, gdyby był to na pewno by straszył, a tak to przynajmniej nie trzeba się bać... To niesamowite! Dziewczynka aż przystanęła z wrażenia: tutaj naprawdę nie ma nikogo, kogo można by się bać! Po prostu nie ma nikogo! Tylko pustka i ciemność. Tylko one dwie.
Coraz niżej i niżej, schodek po schodku... Nawet najdłuższe schody muszą się kiedyś skończyć, nawet w tym zamku... Jeśli schodzi się wystarczająco długo, to w końcu musi się dojść do dna. To przecież logiczne. Żeby tylko wytrwać, żeby nie zakręciło się w głowie od tego schodzenia... Nareszcie! Dziewczynka poczuła, że jej nogi posuwają się po czymś płaskim. Co za ulga! Szła teraz wąskim korytarzem, który nagle i bez żadnego ostrzeżenia rozszerzył się... i Dziewczynka poczuła zapach... jakby wosku i kadzidła, nieznany jej zupełnie, ledwie wyczuwalny mdły zapach. Wyciągnęła rękę i dotknęła czegoś, co było zimne i zakurzone i... czyżby to była skrzynia pełna skarbów ukryta tutaj przed wiekami? A za nią stoi druga, tego samego kształtu... Dziewczynka oglądała ją swoimi małymi rączkami najdokładniej, jak tylko potrafiła. Jej wieko było misternie rzeźbione... jakieś wzgórki i dołki... nagle aż krzyknęła, bo wyczuła pod dłonią czyjąś twarz! Zimną, zakurzoną twarz starej kobiety ... zapewne królowej, bo na głowie miała koronę, jeszcze zimniejszą od twarzy. Dziewczynka była tak przejęta, że bała się nawet myśleć. Podeszła do następnej skrzyni na której też znalazła kobiecą twarz, ale dużo młodszą, z lokami po obu stronach i kącikami ust, uniesionymi do góry, jak gdyby w uśmiechu. A dalej stała jeszcze jedna taka skrzynia i jeszcze jedna... nie wiedząc, dlaczego to robi Dziewczynka zatrzymywała się przy każdej z nich tak długo, jak tego potrzebowały jej drobne dłonie, aby zapoznać się z twarzą wyrzeźbioną na wieku. Dłonie nie chciały się spieszyć, z jakiegoś powodu zależało im na tym, aby poznać każdy detal, każdy szczegół. Niczego nie pomijały, wszystko było ważne: kształt nosa i czoła, grymas ust, sposób ułożenia włosów, nawet wielkość korony, jaką zwieńczona była każda głowa zdradzały dłoniom tajemnice niedostępne dla oka, choćby najbardziej wścibskiego.
Jakie to dziwne, myślała Dziewczynka, że dłonie potrafią wydobyć z ciemności najgłębsze, najtajniejsze sekrety, które tak łatwo ukryć w świetle dnia. Chociaż zupełnie nie rozumiała, jak to było możliwe, ale była pewna, że nigdy jeszcze nie poznała nikogo tak dobrze, tak blisko, jak tych kobiet kamiennych, w podziemnym korytarzu odnalezionych. I chociaż dawno pozostawiła za sobą kryptę grobowca, to nadal czuła ich bliskość i pewna była, że nigdy już nie zetrze z dłoni tych twarzy smutnych i wesołych, złośliwych i łagodnych, zgorzkniałych i pogodnych, przegranych i triumfujących, twarzy tak różnych, chociaż jednako nieporuszonych, na zawsze już znieruchomiałych. I chociaż szła nieprzerwanie, to w niej również coś znieruchomiało i zastygło, coś, co zawsze biegło i wyrywało się do przodu, teraz spoczywało nieporuszone i ciche.
Może dlatego szła tak powoli, a może to było tylko zwyczajne zmęczenie? Z największym wysiłkiem podnosiła obolałe nogi, a tutaj, jak na złość znowu pojawiły się schody i znowu krok po kroku... niżej i niżej... Nie zwracała już najmniejszej uwagi na to, gdzie stawia stopy, nie starała się zachować równowagi na niebezpiecznych zakrętach... Było jej obojętne, czy spadnie, czy nie spadnie, czy dojdzie czy też może nie. Właściwie, to już nawet nie wiedziała, gdzie ma dojść i po co... pozostało jej tylko jedno pragnienie, jedna myśl: zatrzymać się. W końcu móc się zatrzymać. Dlatego, kiedy zobaczyła, że wyrasta przed nią kamienna ściana, to była niemalże szczęśliwą. Nie musiała nawet wyciągać ręki aby upewnić się, że nie ma w niej żadnych drzwi – ani dużych, ani małych. Po prostu żadnych. To był koniec. To był kres.
–Czy to koniec? – usłyszała za sobą znajomy głos. –Czy dalej już nie pójdziemy?
–Na pewno nigdzie już nie pójdziemy – odpowiedziała Dziewczynka głosem osoby, która wie, co mówi. Wiedziała, że mogłyby iść jeszcze bardzo długo, mogłyby iść w nieskończoność, bo przecież ten przeklęty zamek nie miał kresu, nie miał końca. Gdyby zrobiła krok do przodu, kamienna ściana na pewno odsunęła by się nieco, aby zrobić jej trochę miejsca. A potem byłby jeszcze jeden krok, i jeszcze jeden, a ściana byłaby zawsze przed nią, tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości, dlatego mogła powiedzieć:
–Nie. Na pewno nigdzie już nie pójdziemy. Możemy wreszcie usiąść. Możemy tutaj usiąść i siedzieć tak do końca świata! Słyszysz? Do końca świata!
I kiedy tylko to powiedziała – zaczęła śmiać się jakimś dziwnym, złym śmiechem, w którym wcale nie było radości. Śmiała się z własnych słów, kiedy tylko je usłyszała. Bo zrozumiała, że końca świata też nie będzie! Bo jakże mógłby skończyć się świat, w którym nie ma końca? Od tego śmiechu Torba sama spadła jej z pleców i leżała tak przed nią – beznadziejnie brzydka i pomarszczona, stara i bezradna.
–Zawsze już tak będziesz leżała. Słyszysz? Zawsze! Ty stara, głupia Torbo!
–Jak śmiesz tak do mnie mówić? – odpowiedziała Torba, a było w jej głosie coś, co nie pozwoliło Dziewczynce śmiać się dłużej. –Jak śmiesz nazywać mnie Torbą, skoro wiesz, kim naprawdę jestem? Nie pozwolę tak do siebie mówić, ani Tobie, ani nikomu innemu. Słyszysz mnie? Nie pozwolę, albowiem nie jestem żadną Torbą! Czy naprawdę mnie słyszysz? Ani starą! Ani głupią! Ani porzuconą! Ani torbą! – wołał głos, którego nie dało się nie słyszeć – tak straszna w nim była siła. – Czy słyszysz mój głos? Głos tej, która wie już, że nie jest tą, którą nie jest i nigdy już, przenigdy nie będzie starała się nią być!
Dziewczynka nie była w stanie wyksztusić z siebie słowa. Bo też nie było tam już miejsca na żadne słowa. Stała tak oniemiała czując, jak coś w niej zaczyna drżeć i dygotać, coraz mocniej i mocniej... Przerażona rozejrzała się wokół i zobaczyła, że zamkowe mury też drżą i dygocą, coraz mocniej i mocniej. Jeszcze chwila i... zamknęła oczy, żeby nie widzieć, kiedy kamienie zaczną jej spadać na głowę. Stała tak, a wszystko wokół niej i w niej – bo nie było już różnicy – drżało i trzęsło się, i pękało z wielkim hukiem. Chociaż... właściwie to bez huku. Mury pękały i rozpadały się na drobniutkie kawałeczki nie czyniąc najmniejszego hałasu. To właśnie było najbardziej przerażające: brak jakichkolwiek dźwięków, całkowita cisza. I trwała ona nadal – nawet wtedy, kiedy popękało już to, co miało popękać i przestało się trząść, co się trzęsło. Już tylko pod stopami Dziewczynka wyczuwała leciutkie drżenie, a właściwie wibrowanie, jakby stała na czymś... na czymś żywym?
Otworzyła oczy i zobaczyła, że jest to brązowe i pomarszczone i rośnie nieustannie rozszerzając się we wszystkich kierunkach! Podniosła wzrok i zrozumiała, że stoi na ziemi.
I usłyszała, jak w wielkiej ciszy wypiętrzają się z niej góry i rosną bez żadnego wysiłku, rosną i rosną, aż stają się górami sięgającymi nieba. I zobaczyła, jak z górskich szczytów spływają strumienie, które – dosięgając ziemi – zamieniają się w wielkie, rwące nieprzerwanie przed siebie rzeki. I niczemu się nie dziwiła, jakby początek był czymś, co wydarza się nieustannie, a nie tylko raz jeden. Jakby nie było niczego oprócz narodzin: ani śmierci, ani choroby, ani smutku, ani bólu żadnego innego oprócz bólu rodzenia, który przenikał ją całą wibrując w niej i tańcząc i kołysząc biodrami i ramionami i każdym najmniejszym paluszkiem, każdą cząstką jej drobnego ciała, które rozciągało się we wszystkich kierunkach pozwalając górom wypiętrzać się ku niebu, a dolinom zagłębiać się i wtulać, chronić i przenikać w głąb. Tam, gdzie korzenie mają swój początek, gdzie czerpią pokarm, aby wyżywić potężne pnie rozrastające się konarami i gałązkami i listkami tańczącymi na wietrze.
I wszystko tańczyło w niej i wibrowało, wibrowało i tańczyło, aż wytrysnęło fontanną śpiewu, drobniutkimi kropelkami drżącymi w powietrzu przez króciutką chwilę, aby opaść zraszając ziemię, przenikając w nią w drodze powrotnej ku korzeniom, ku miejscu, z którego wszystko bierze swój początek.
Ach, bierze, pełnymi garściami czerpie, czerpie i wyczerpać nie może. Ach, wyczerpać nie może albowiem zasilające strumienie płyną przez ciemność, płyną przez mrok, płyną we wszystkich kierunkach. Ach, we wszystkich kierunkach tańczyła Mała Dziewczynka, we wszystkich równocześnie – żadnego nie pomijając, żadnemu się nie sprzeciwiając, żadnemu wstrętu nie czyniąc. I tańcząc tak, wirując wokół Fontanny nawet nie spostrzegła, jak to się stało, że nagle stanęły naprzeciwko siebie. Obie razem, dokładnie w tym samym momencie,
w tym właśnie, kiedy jedna zobaczyła drugą.
Odklęta Królewno, witaj! – chciała zawołać Dziewczynka, ale coś ją powstrzymało. Coś jej tu nie pasowało. Królewny – czy to zaklęte, czy też całkiem zwyczajne – nie noszą takich czerwonych, takich purpurowo-złotych sukni. Prawdziwa Królewna przyodziana jest zawsze w biel, albo w błękit, a jej złote włosy spływają aż do ziemi. No, ostatecznie, mogą być trochę krótsze, ale na pewno nie powinny być brązowo-kasztanowe, z nitkami siwizny tu i ówdzie. A pod jej oczami nie ma nigdy tylu malutkich zmarszczek. Prawdę mówiąc, w ogóle nie powinno ich tam być. Ach, te oczy... one właśnie były najbardziej podejrzane. Kiedy na ciebie patrzyły, to śmiały się i płakały zarazem.
I nagle Dziewczynka zrozumiała: obiema rączkami – każdą z innej strony – chwyciła kraj swojej sukienki i pochyliła głowę, aby pięknie, najpiękniej, jak tylko potrafiła, pokłonić się przed Królową.


Zacytuj artykuł

Skomentuj
Napisz komentarz
Imię:
Tytuł komentarza:
Treść komentarza:

Ochrona:* Code
Wyślij