|
Monika Żelazek
Niedaleko w lesie ciemnym -
Tam, gdzie mieszka zwierząt mrowie,
Tam, gdzie wszystko ma swe miejsce –
Pójdź, wyciągnij ręce obie.
Nadstaw uszy, oczy zamknij,
Wtul swe stopy w ziemi łono,
A poczujesz tę historię –
Gdzieś wśród liści zagubioną...
- „Babciu... czy muszę wszystko zapisywać, jeśli zaczęłam właśnie w ten sposób się uczyć? Przez zapisywanie... ?”
- „Nie, kochana – uśmiechnęła się staruszka i wszystko wydawało się łagodnieć – nie musisz. Widzisz moja mała, świat się ciągle zmienia. Może na początku potrzebne ci było zapisywanie i dotykanie liter, żeby to, co przyszło – nie uciekło. A teraz jest inaczej. Przyszedł czas innego uczenia... ale, ale... czego ty się uczysz dziecino?”
„Świata, babciu – uśmiechnęła się Wnuczka – i siebie też.”
Podskoczyła rozradowana odpowiedzią Babci i w podskokach wybiegła przed domek do ogródka. Pomagały jej w tym trzy schodki przed drzwiczkami domu. Widać osoba, co stawiała schodki też lubiła sobie po nich poskakać, no bo po co niby tam były?
Babulinka uśmiechnęła się patrząc na dziewczynkę. Zaiskrzyły zielone babcine oczy.
Wyszła na ganek i stała radośnie. Była pękata jak dzbanek miodu i pomarszczona - jak to zwykle są babcie – jak wysuszone jabłuszko. Miała szerokie ramiona i miękki brzuch. Wnuczka uwielbiała wtulać się w swoją ukochaną Babcię. Czuć buchające ciepłem kwiaty na babcinym fartuchu. I wdychać zapach jej skóry zmieszany ze śladami dopiero co odłożonej roboty...
Babcia nie zawsze lubiła się przytulać. Może dlatego, że jej ręce przypominały czasem powyginane wiatrem drzewa.
Drzewa.. starowinka ukochała wszystko co żyło w ziemi. I wszystkie rośliny wdzięcznie wzrastały w jej ogródku szybko i bujnie. Garnęły się do niej. A ona je hodowała i wycinała. Wiedziała kiedy jest czas życia i kiedy - umierania.
Babcia była brązowa latem i biała zimą. Ze słońcem czerniała, a z jego odejściem – bladła. Latem, jej domem było pole, otwarta ziemia, i tylko zimą chowała się w zacisznej kuchni.
Dziewczynka wiodła ze swoja Babcią szczęśliwe życie w małej chatce pod lasem. Czego miały za dużo – czym hojnie obdarowała ich ziemia – tym się dzieliły z innymi mieszkańcami lasu. Czego im brakowało – hmm.. o tym mi nie wiadomo.
Wnuczka była babcinym życiem, Babcia wnuczki mądrością. Mała – radością, stara – ciepłym przytulnym domem.
I dajcie wiarę - nic nie zmąciłoby ich spokoju, gdyby nie ten jedyny przypadek...
Razu pewnego, Babcia Dziewczynki nie dopilnowała. I zły – nie wiedzieć człowiek to był czy nie – stanął na drodze Dziewczynki. Maleńka nigdy o nim nie słyszała i zabawy nie przerwała, on zaś wysunął po nią ostre pazury. I drasnął Wnuczkę.
Mała rana, mało – wielka,
Nie zabierze nam wróbelka.
I Dziewczynka nie wiedziała,
Że na ciałku ranę miała.
Wnuczka wróciła do domu nie czując bólu. A Babcia raz jedyny – rany Wnuczki nie dostrzegła.
Jak po wiośnie przychodzi lato, po lecie nastała jesień. Coraz częściej Babcia i Wnuczka siadywały razem przy kominku, coraz rzadziej do chatki pod lasem zaglądały pobaraszkować zwierzęta. Aż po jesieni nastała zima.
Tej zimy Babcia bielała jeszcze bardziej. Podupadła Babuleńka na zdrowiu, bledła i bledła i bledła.. Pewnej nocy Babcia zawołała Wnuczkę do siebie.
„Usiądź moja najmilejsza – rzekła – czuję, że czas upomina się i o mnie.. dlatego i ja coś przed czasem zrobić muszę. Otwórz moją dłoń, zobaczysz w niej to, co najcenniejszego udało mi się wyhodować - coś, co przyszło do mnie z urodzajnej ziemi. Coś, co Babcia Wnuczce ma do podarowania.” Dziewczynka otworzyła zgrabiałą od pracy babciną rękę i ujrzała małe brązowe gorące od ściskania ziarenko. Ucałowała ukochaną starą dłoń. Wtedy Babcia odetchnęła i umarła.
Dziewczynka została sama.
Ciężkie przyszły chwile na maleńką Wnuczkę. Sama jadła i spała, sama gotowała i prała, sama o domek dbała i malutkimi rączkami ogień podtrzymywała. To, co kiedyś było zabawą – przemieniło się w ciężki obowiązek.
Żeby sobie otuchy dodać dotykała ziarenka, co wisiało na jej szyi w maleńkim woreczku.
Pewnego dnia - kiedy smutek Wnuczki nie mijał, znalazła Dziewczynka za starym babcinym fotelem wełnianą kwiecistą chustę. Dotknęła jej i poczuła to wszystko, co Babcią pachniało. Bardzo za nią zatęskniła. Otuliła się zatem w to, co i Babci ciepło dawało i usiadła odpocząć w fotelu. Zamknęła oczy i...
Przytul się dziecinko moja,
Okryj ciepłym kwiatem się.
Kiedy mrozy, zawierucha -
Twoja Babcia jest.
Babcia nie zostawi wnuczki
Nigdy - nawet wtedy, gdy
Przyjdą czarne zimne włóczki.
I uplotą gorsze dni.
Dziewczynka schowała się pod powiekami – tam, gdzie czas nie mija. Tam odnalazła wytchnienie, tam – we śnie - istniała maść na obolałe nóżki, na spracowane rączki. Weszła w kolorowy świat zabaw i śmiechów, kiedy Babcia i Wnuczka stapiały się w jedno w chwili Radości. W chwili Miłości... To było schronienie, jakie zostawiła Dziewczynce Babcia. Bo dobre nasze babciulki, jabłuszkowe staruszki nigdy nie znikają – jeśli tylko chcemy je widzieć.
Wnuczka trwała w ciepluchnym fotelu utulona kwietną chustą. Zdawała się siedzieć na babcinych kolanach. Jej wytęsknione małe ciałko tak bardzo łaknęło odpoczynku i dobroci, że nic nie mogło zmącić spokoju, co przynosiła babcina chusta.
Zima wiała i mroziła, odpędzała od okien i światła. Wnuczka coraz dłużej po pracy w fotelu pozostawała, coraz więcej po stronie snu była, coraz mniej w niej życia się tliło. Jak z jabłuszka zdrowego i czerwonego siły z niej uchodziły, i jędrność, i młodość.
Wnuczka nie wiedziała, bo skąd wiedzieć mogła, że to zły tak rankę zatruł pazurem, żeby Dziewczynka dobrego nie mogła czerpać. I żeby kojące dobro obracało się w zamieranie. Tak zły poprzekręcał znaczenia, tak ze snu co niesie odpoczynek i ożywienie – zrobił życia uchodzenie.
Czar działał. Dziewczynka traciła radość, jaka jest skarbem każdej dziewczynki, traciła radość pracy i zabawy. Jej oczy widziały coraz gorzej i niechętnie się otwierały. Uszy słyszały coraz słabiej, i miodem słodkim zapomnienia się kleiły, a kości obolałe nie pozwalały skakać. Nie dziwicie się zatem chyba, że coraz częściej siadywała w fotelu...
Aż nadszedł dzień, w którym ranek jej nie obudził.
Nie martwcie się jednak. Ziemia zasypia zimą i ziemia rodzi się wiosną. Nic nie trwa wiecznie. I właśnie nastała wiosna.
Zwierzęta powoli zaczęły budzić się ze snu, ptaki nieśmiało, ale coraz głośniej szczebiotem się witały. I Słońce przeciągnęło leniwie promienie i przegoniło szaruchy i chmury.
Przyszedł czas kiełkowania.
I jeśli nie zapomnieliście o nim – jak samo ziarenko nie zapomniało o sobie – to wiecie, co się wydarzyło. Długo czekało... Ale tego czasu przepuścić nie chciało. I spod kwiecistej chusty kleistego ciepła wysunęło zadarty zielony nosek. Zakiełkowało nie proszone – podlewane ciepłem dziewczynkowego serduszka. I zapuściło w pozimowe kąty wiosenny maleńki oddech. Pojedynczy jak niteczka pajęcza. Jasnozielony.
Plecie się historia,
Drożynką się wije.
Kto pił strutą wodę -
Żywej się napije.
Obróć tylko oczy,
Porusz palcem w bucie,
Drgnij zastałe kości,
Żeby Świat cię dostrzegł..
I to wystarczyło, by leśne stworzenia zwęszyły życie w małej zagubionej chatce.
Ptaki, które Babcia i Wnuczka karmiły, i zwierzęta, którym schronienie dawały, i inne leśne istoty, z którymi rozmawiały i czas na zabawie spędzały – wszystkie nie zapomniały czasu podarowanego od Babci i od Wnuczki.
Wiosna powoli przychodzi, powoli życie wraca do pełni. Tak od jednego stuku dzioba się zaczęło...
Stuknął wróbel w okienko, stuknął w drzwi dziewczynkowej chatki, ale zamknięte, nikogo nie słychać. Drzwi zaryglowane. Głucho.
Zawezwał pomoc, zawezwał braci i siostry. Wróble zręcznymi dzióbkami rozruszały skobel w drzwiach. A większe ptaki – wysunęły go mocnymi dziobami. Przyszły lisy, sprytnie łapkami drzwi pchnęły. Otworzyły drogę sarnom. Ciekawskie oczy tych łagodnych zwierząt dojrzały siedzącą w pokoju dziewczynkę, a ich zręczne cieplutkie języki wylizały umęczone nóżki i rączki Wnuczki.
Poniosły ptaki chustę i wyczyściły uszy Dziewczynki. Słoneczko przez szybki dopełniało pracy i ocieplało szarą twarz Dziewczynki długo i długo, świeciło w oczy i usta, policzki i czoło... Dziewczynka potrzebowała wiele wiele ciepła i miłości.
W chatce pod lasem budziło się życie. Ale minęło wiele dni zanim zima uszła z ciała Dziewczynki i smutek wyparował z jej duszy. Pomagały jej leśne stworzenia , pomagały zwierzęta i ptaki, pomagało Słońce i Wiatr i Woda i Matka Ziemia, co ze wszystkich najlepiej wie co robić by śmierć odczarować.
I tak Wnuczka odnalazła radość pracy, co zimowała na poletku. Tam zasadziła kiełkujące ziarenko i dbała o nie jak ją Babcia wyuczyła. Bo Babcia nie zniknęła na zawsze. Odwiedzała swą ukochaną Wnuczkę w snach i w leśnych głuszach - tam, gdzie pomieszkiwała jej dusza... Bo dobre nasze babciulki, jabłuszkowe staruszki nigdy nie znikają – jeśli tylko chcemy je widzieć.
Chusta i fotel babciny tym samym odzyskiwały swą prawdziwą czarodziejską moc...
Ranka na ciele Dziewczynki stawała się coraz mniejsza i mniejsza, póki zupełnie nie znikła. Tak i o rance dziewczynka wkrótce zapomniała.
Malutka leczyła szare dni mieszkając obok leśnej rodziny, ucząc się od zwierząt, ptaków, drzew i kwiatów. W ciszy słuchała, słuchała – i tak uczyła się ich mowy. Zwierzęta wracające z dalekich krajów opowiedziały Dziewczynce wiele historii o dobrych ludziach, którzy mieszkają poza lasem. I pewnego dnia….
Ale to już zupełnie nowa historia...
Zacytuj artykuł
|