Trzy dni i trzy noce Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
17.01.2010.

Chyba zostały nam już tylko baśniowe „dwa dni i dwie noce”, dlatego wołanie: „Gdzie jesteś Królowo?” – jest coraz bardziej aktualne.

„Trzy Dni i Trzy Noce” napisałam w sierpniu 2008, w czasie słynnej Olimpiady w Pekinie. Chyba uczciwiej byłoby powiedzieć, że to ogień zrodził te słowa, ogień jakiejś żarliwej rozpaczy, że oto na naszych oczach i w naszej nieprzytomnej obecności przekroczona zostaje pewna granica fałszu i obłudy przed którą na pewno powinniśmy się byli zatrzymać. I taka płynąca z głębi brzucha pewność, że wydarzyło się coś bardzo, bardzo niedobrego, a zarazem nieodwracalnego, czego skutki będziemy musieli wszyscy ponieść. Kiedy zdarzy się człowiekowi zobaczyć z tak bezkompromisowa jasnością prawdę sytuacji, jaka właśnie ma miejsce – to zupełnie inne doświadczenie niż to, które towarzyszy lekturze dzieł historycznych, opisujących przełomowe, kryzysowe momenty w dziejach ludzkości. Minionych dziejach, w których mieliśmy to szczęście nie brać udziału. A jak tu spotkać się z taką prawdą, której trzeba doświadczyć „na żywca”, bez żadnego znieczulenia? Aby dać jej wyraz, potrzebowałam jakiegoś dystansu wobec własnych uczuć, nawet odrobiny autoironii, żeby ochłodzić nieco ten wielki ogień, który we mnie płonął. Z perspektywy czasu widzę, że wtedy właśnie straciłam resztki nadziei, że ci, co dzierżą w tym świecie władzę posiadają jakieś etyczne zasady, czy choćby rudymentarne poczucie przyzwoitości, na których można by polegać. A jeśli nie, to chociaż zdolność widzenia długofalowych rezultatów podejmowanych aktualnie decyzji, która dawałaby minimalne poczucie bezpieczeństwa. Być może tak właśnie czuła się królowa z przytoczonej przeze mnie w tym artykule baśni – kiedy straciła ostatnią iluzję, że dla króla-władcy liczy się jeszcze coś oprócz złota i władzy. Wtedy musiała się przecież spotkać z tą trudną prawdą, że może polegać tylko na sobie samej, że wszystko zależy od tego, czy znajdzie w sobie dość odwagi i miłości, aby stanąć po stronie żywej istoty, niezależnie od ceny, jaką jej przyjdzie zapłacić. I to mi właśnie uświadamia, że jestem w znacznie lepszej sytuacji, niż baśniowa królowa, bo nie jestem zdana tylko na własne siły. Bo znam i wiem o wielu ludziach, którzy dokonują podobnego wyboru, i nie tylko na poziomie myślenia, ale także działania. Utrata iluzji przywraca spokój i ogromną ilość energii, która szła na walkę i zmaganie się z tym, co i tak przewraca się już o własne nogi. Wiem, że kiedy ktoś dokonuje wyboru, o którym tu mowa, to nie potrzebuje już karmić się sprzedawanymi po taniej cenie iluzjami. Wtedy otwiera się między nami przestrzeń na mówienie o tym, co teraz ważne jest i prawdziwe. I to jest właśnie powód, dla którego nie zdejmuję tego zrodzonego z ognia tekstu z naszej Strony, chociaż od czasu rzeczonej olimpiady minęło już trochę czasu. Bezcennego czasu. Chyba zostały nam już tylko baśniowe „dwa dni i dwie noce”, dlatego wołanie: „Gdzie jesteś Królowo?” – coraz bardziej aktualne. Anija Miłuńska  
 
 
Trzy Dni i Trzy Noce


Po powrocie z wakacyjnej wyprawy do Świetlistego Lasu Anija lekkomyślnie oddaje się lekturze świątecznej Wyborczej
Czemu mamy przypisać ten krok nierozważny i nieostrożny? Bo przecież powinna była wiedzieć, że jak człowiek, który powrócił ze Świetlistego Lasu uważnie przeczyta gazetę, takim jasnym, takim opróżnionym ze śmiecia umysłem, no... to może go z nóg zwalić!
Gdybyż jeszcze Anija była posiadaczką telewizora, który by jej litościwie umysł mącił pokątnym dziamgotaniem! Ale gdzie tam! Już dawno lekkomyślnie wyrzuciła telewizor na śmietnik, przez co nie może go teraz wyłączyć w wyniku odniesionego zwycięstwa w walce z pokusą obejrzenia Wielkiej Ceremonii Otwarcia Najwspanialszych w Historii Igrzysk. Jak wiadomo wyłączenie telewizora w ramach protestu pozwala człowiekowi uniknąć przykrego poczucia braku wpływu na sytuację, a nawet pozwala mu się poczuć lepszym i szlachetniejszym od tych, którzy nie wyłączyli. Same korzyści, których ta nierozważna kobieta, której przy najlepszych chęciach nie możemy nazwać młodą i niedoświadczoną – otóż ona sama, z własnej woli się ich pozbawiła.
No i teraz ma za swoje: bierze do ręki Gazetę, nie bacząc na to, że umysł jej jasny, w kontakcie z uczuciami a intuicja na pełnych obrotach! Nie ma się więc czemu dziwić, że tak wyraźnie, doprawdy, z przerażającą jasnością widzi, że wydarzyło się coś bardzo niedobrego, co nie powinno się było nigdy wydarzyć. Ten przysłowiowy jeden krok za daleko, ten właśnie, którego nie da się już cofnąć. Intuicja podpowiada jej, że historycy przyszłości będą mieli dzięki temu taki poręczny punkt, od którego będą mogli liczyć czas Wielkiego Kryzysu Światowego, albo jak tam go nazwą. Olimpiada w Chinach. Na którą zezwoliły, a następnie tłumnie przybyły uśmiechnięte i politycznie poprawne „głowy państw” w towarzystwie swych eleganckich małżonek. Pomimo całej wiedzy, jaką owe głowy posiadały: o przemocy i łamaniu praw człowieka, o obozach pracy, o budzącej najwyższą grozę dewastacji środowiska, o Tybecie i... co tu jeszcze wyliczać, skoro zachłanna, bezwzględna w dążeniu do dominacji postawa Chin nie była dla nikogo tajemnicą. Jeszcze raz tak się stało, że silni stanęli po stronie silniejszego, dając mu tym samym glejt na przemoc i bezprawie. Wszyscy rozsądni ludzie wiedzą, że tak właśnie kręci się ten świat, czemuż więc Anija tak bardzo się zasmuca? Czyżby zobaczyła, jak na tej wielkiej, niewidzialnej wadze przechyliła się szala w tę niedobrą, źle wróżącą stronę? Czyżby zaślepienie władzą i zachłannością przekroczyło już pewien punkt, którego nigdy nie powinno było przekroczyć? Czyżby powtórzyło się coś, co nie miało prawa już się powtórzyć?
Bo przecież była już taka olimpiada, na której wielka, bezwzględna machina przemocy dostała glejt od wszystkich, którzy na nią przybyli – zafascynowani, wręcz zachwyceni tężyzną, „młodzieńczą energią” i siłą III Rzeszy. Czyta Anija i dziwi się: jak to możliwe, że można tak kompletnie ignorować fakty i całą posiadaną wiedzę popełniając jeszcze raz, kolejny raz, te same błędy? Ale nie czas teraz na dziwienie się, teraz taki jest czas, żeby prawdziwie widzieć to, co jest, jakim jest, bez tych zniekształceń, jakie nakłada myślenie życzeniowe. To właśnie, które eliminuje wszystko, co mu nie pasuje do zaprojektowanego obrazka. Zapytajmy więc: co nie pasuje? Co się w tym pięknie pokolorowanym obrazku nie zmieściło?
 

krolowa2.jpg
Na pewno nie zmieścił się Titelitury.
On zresztą nigdy nie pcha się na afisz. Nie ma go na żadnym zdjęciu, nie udziela wywiadów, nie wchodzi nigdy głównym wejściem, zawsze bocznymi drzwiami, które znane są tylko wtajemniczonym, albowiem nie-jawność sposobem, a zarazem gwarancją jego istnienia. Kim jest i co robi w tym świecie, w którym wszystkie role od dawna już rozdane?
Czym się żywi? Gdzie mieszka? Komu zawdzięcza swą wysoką, choć tak starannie zakamuflowaną pozycję?
Wszystko wskazuje na to, że pojawił się on na tym najlepszym ze światów wraz z władcą, dla którego liczy się tylko władza i złoto. Kiedy to było, najstarsi z najstarszych nie pamiętają. Nie znajdziemy o nim wzmianki w żadnej ze starych kronik, które wyliczają imiona królów, nie pojawia się w żadnej z uczonych rozpraw, jego imię, a nawet sama obecność umknęła jakoś uwadze historyków, którzy – podobnie jak władcy – skupiają swoją uwagę głównie na transferze władzy i złota. Skąd zatem wiemy o jego istnieniu? W jakim języku znajdziemy wiarygodne informacje?
Jest taki niezwykle precyzyjny język, w którym nasza zbiorowa psyche opowiada sobie samej prawdziwe historie, czyli takie, które realnie są przez nią przeżywane i doświadczane. Wszystko, co świadomość zagmatwa i zaplącze – nieświadomość rozsupła i ujawni w języku symbolicznym, czyli w takim, w którym nie da się kłamać. Rzec by można, że im bardziej coś się nie mieści na oficjalnie przykrojonym obrazku – tym bardziej ujawni się w baśni, bo o niej właśnie mowa. W tej prawdziwej, żywej opowieści, w której wszyscy bierzemy udział, niezależnie od tego, czy jesteśmy tego świadomi, czy tez nie.
Nie musimy daleko szukać, wystarczy otworzyć Braci Grimm i od razu łapiemy właściwy trop: numer 55 – Titelitury! Oto baśń, która doskonale opisuje porządek świata, w którym przyszło nam żyć. Jego władca zachłanny jest i chciwy, nie troszczy się o swoich poddanych, zauważa ich dopiero wtedy, kiedy może mieć z nich jakąkolwiek korzyść. Oczywiście im większą, tym lepiej. Ten, kto opowiada tę baśń, obdarza go mianem króla, choć nie ma już w nim nic z królewskości, której nieodłącznym atrybutem była wszak wielkoduszna szczodrość. W jego królestwie przyszło żyć pewnej pięknej i niebiednej, a jednakowoż „nieszczęsnej” młynarzównie. Na czym polegało jej nieszczęście? Miała ambitnego ojca, któremu zdarzyło się raz rozmawiać z królem, „a chcąc sobie przydać znaczenia rzekł: „mam ci ja córkę, co potrafi prząść złoto ze słomy!” Nie docenił chciwości króla, który niezwłocznie zabrał młynarzowi córkę i zawiózł do swego zamku, gdzie czekała już na nią bardzo atrakcyjna oferta: albo przez noc uprzędzie ze słomy złoto, albo czeka ją śmierć.
Sytuacja byłaby oczywiście beznadziejna, gdyby na dworze władcy nie mieszkał pewien tajemniczy karzeł, który – w odróżnieniu od biednej dziewczyny – doskonale wiedział, co trzeba zrobić, żeby spełnić królewskie oczekiwania. Jakimś tajemniczym, sobie tylko wiadomym sposobem przerobił stertę słomy na złoto, dzięki czemu następnej nocy nieszczęsna młynarzówna dostała kolejną, dwakroć większą porcję roboty. I tak przez trzy noce potajemnie pomagał karzeł dziewczynie, oczywiście nie za darmo, bo w tym królestwie nic nie było już za darmo: za wszystko płaciło się najwyższą cenę. I kiedy córce młynarza zabrakło już klejnotów, musiała obiecać, że odda tajemniczemu pomocnikowi dziecko, które urodzi, gdy zostanie królową. Bo oczywiście król zdążył już sobie wykalkulować, że nie znajdzie kandydatki na żonę o lepszych kwalifikacjach.
Dalszy scenariusz łatwo możemy przewidzieć: kiedy na świat przychodzi dziecko, karzeł od razu wyciąga po nie swoje łapy. Nie ma wątpliwości, do kogo ono będzie należało: skoro władca nie dba wcale o żywe istoty, które rodzą się w jego państwie, to ktoś musi się o nie zatroszczyć! Ktoś musi pomóc im przetrwać w tym świecie, w którym nie ma litości, ktoś nauczy, jak dostarczać królowi kolejne porcje złota, jak robić rzeczy niewykonalne, niemożliwe do zrobienia, jak spełniać wszystkie absurdalne żądania. Ten ktoś doskonale wie, że to do niego należą wszystkie dzieci, jakie rodzą wszystkie matki - królewska małżonka nie jest tu żadnym wyjątkiem. Jej dziecko jest najcenniejsze, dlatego karzeł stawia się w wyznaczonym terminie. Ale co to? Zamiast żony króla spotyka prawdziwą królową, która nie chce mu oddać swego dziecka! Któż by się spodziewał takiego kłopotu, jeszcze niedawno nieszczęsna ofiara patriarchalnej opresji a tu patrzcie: królowa! Jak ona to zrobiła? Jak dokonała się ta niezwykła przemiana? Ten, kto opowiada tę baśń nie wie tego, więc nie może nam objaśnić, dlatego same musimy odkryć tę tajemnicę.


Czym zatem różni się królowa od królewskiej małżonki?


Jak wiadomo małżonka jest osobą towarzyszącą, elementem dekoracyjnym, który każdej głowie państwa przydaje blasku, ewentualnie filantropijnego, „ludzkiego” oblicza, ale nie podejmuje żadnych decyzji. A nasza królowa podejmuje i to całkowicie radykalne, nie pytając wcale władcy o zgodę! Zapewne dlatego, że zdążyła go już poznać na tyle, aby wiedzieć, że nie kiwnie on palcem w obronie dziecka, a może...Może między władcą a karłem-pomocnikiem istnieje milcząca umowa na mocy której ma on prawo zabierać sobie wszystkie dzieci, jakie tu na świat przychodzą? A może ma nawet taki obowiązek, żeby interes mógł się dalej kręcić?
Nie wiemy, jakie myśli chodziły młodej królowej po głowie, jedno jest pewne, że nie tylko uparła się, że nie odda dziecka, ale od razu przeszła do działania. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że nie ma na świecie takiej siły, która mogłaby odebrać jej dziecko, jeśli ona sama go nie odda. Skąd mogła o tym wiedzieć, skoro dopiero uczyła się, jak być królową. Przecież nie miała królowej-matki, która by jej taką prawdę przekazała, do wszystkiego sama musiała dojść. Dlatego kolejny raz uwierzyła w dobre intencje karła, który rzekomo wzruszony jej łzami dał jej „jeszcze jedną szansę”: prze trzy dni wolno jej zgadywać, jakie jest jego prawdziwe imię. Jeśli nie zgadnie - będzie musiała oddać dziecko.
To prawda, tak długo jak kobieta nie będzie wiedziała, kim lub czym naprawdę jest ta siła, która chce zabrać jej dziecko, tak długo będzie musiała składać jej daninę. Z jednej strony pomogła przetrwać największą opresję, więc może i dziecku będzie pomocna? Z drugiej każe płacić najwyższą cenę, odbiera to, co najbardziej kochasz.
Kim on jest? Jakie jest jego prawdziwe imię? ”Bezemnie-nie-dasz-sobie-rady”? A może „Żeby żyć – musisz oddać to, co masz w tym życiu najcenniejszego”? Niewykluczone też, że „Jak się okaże, że nie umiesz robić rzeczy niewykonalnych to król będzie zły a kara straszna”.
Królowa nie śpi. Przez trzy dni i trzy noce zadaje sobie jedno pytanie: „ Co to za siła wkradła się do mojego życia – królestwa, dlaczego uzurpuje sobie prawo do tego, co sama z siebie rodzę? Co kocham i bez czego żyć nie będę mogła? Kim – czym ona jest? Muszę to teraz odkryć, muszę to nazwać jej prawdziwym imieniem, jednym słowem, mam na to tylko trzy dni i trzy noce i ani chwili dłużej”.
Oto królowa. Wiemy już, czym różni się od małżonki króla. Dla królowej żywa istota ważniejsza jest od złota. Ta, którą urodziła i ta, której nieustannie daje życie, oddech za oddechem, chwila po chwili. Tak, nawet w sobie samej potrafi dostrzec żywą, odczuwającą, wolną istotę, zadziwiające, ale prawdziwe. Może w tym właśnie tkwi tajemnica jej królewskości? Jedno jest pewne: bez wahania gotowa jest oddać „wszystkie bogactwa królestwa ” za to bezcenne dziecko, które żyje w każdej czującej istocie. Ale karzeł nie jest głupcem: „O nie! Wolę żywą istotkę niż wszystkie skarby świata”. W tym jednym są zgodni. Tyle tylko, że karzeł chce żywą istotę mieć, a królowa – chce dać jej żyć. Czyje będzie dziecko? Trzy dni i trzy noce i oto królowa wymawia to imię, o którym karzeł był przekonany, że na zawsze pozostanie tajemnicą. I cóż się wtedy dzieje? Titelitury – bo takie jest jego baśniowe imię wpada w szał i sam siebie rozrywa na dwoje.
Szokujące zakończenie. Któż mógłby przypuścić, że to takie proste? Nie trzeba wcale walczyć z tą siłą, wystarczy odkryć, czym jest, a wtedy ona sama się unicestwi! Odzyskamy własne życie, my i nasze dzieci. Dlaczego więc tego nie robimy? Dlaczego jeszcze tolerujemy tego przebiegłego karła? Narzekamy, skarżymy się, walczymy, wypowiadamy milion słów, piszemy nawet uczone dysertacje i zjadliwe felietony demaskując kolejne posunięcia „mafii podstępnego karła”, czegóż to my nie robimy, by nie zadać sobie samej tego jednego, prawdziwego pytania, tego właśnie, które musi być zadane.
Szkopuł w tym, że karzeł nazwany po imieniu sam siebie rozerwie na strzępy, a skoro rozerwie, to stanie się całkowicie bezużyteczny. Na wszelki wypadek nie wymawiamy tego imienia, o którym dobrze wiemy, jakie jest, bo przecież może się okazać, że nagle będzie nam karzeł niezbędnie potrzebny, przecież człowiek sam nie da rady przerobić tej kupy śmiecia w złoto! A wymagania wobec człowieka nieustannie w tym świecie rosną. Każdy o tym dobrze wie! Ba, gdyby ten świat był inny, wtedy by można sobie pozwolić na luksus życia w prawdzie, ale... Jest, jaki jest i inny nie będzie!

To prawda, ten sposób udawania głupszej od siebie samej daje gwarancję, że świat inny nie będzie i nasz karzeł dobrze o tym wie.
Dlatego zrobił się taki bezczelny, że sam włazi, nie pytając, czy wolno, praktycznie nie ma już nikogo, z kim musiałby się liczyć. Od czasów, w których ta baśń powstała zhardział bardzo i już nie bawi się w żadne ceregiele, w nocne podchody i inne temu podobne zawracanie głowy. Matki nie tylko nie bronią przed nim swych dzieci, ale wręcz wypruwają sobie żyły, aby zapisać je na wszystkie kursy, na których będą mogły zapoznać się z Titeliturym i jego skutecznymi metodami przetrwania. Metodami skuteczniejszymi od wielu innych skutecznych, które poznają dzieci innych matek. No cóż, konkurencja nieustannie rośnie. Karzeł nie musi już pokątnie i cichcem proponować współpracy, czasy takiej partyzantki dawno już ma za sobą! Teraz wręcza dyplomy, które otwierają najlepsze drzwi do najlepszych stanowisk. Aby podołać zapotrzebowaniu dwoi się i troi, ma już setki i tysiące twarzy, chociaż, jak dobrze się przyjrzeć, to ciągle ta sama, chytra i nieszczera, niby usłużna, ale naprawdę bezczelna i pełna pogardy dla tych, którym „pomaga”.
Jak to możliwe, że królowa nie rozpoznaje, z kim ma do czynienia? A może wygodniej jest jej patrzeć oczami Titeliturego, niż własnymi, którymi patrzy się na własne ryzyko? A może nie ma już żądnej królowej, tylko nieszczęsne młynarzówny pozostały, wydane na pastwę żądnego złota króla?
Jak to „nieszczęsne”? Skoro mają prawa wyborcze i wykształcenie uniwersyteckie i wszystkie inne przywileje, o których nie mogła nawet marzyć dawna królowa, nie mówiąc już o córkach młynarza! W takim razie „szczęsne” młynarzówny, bo mogą być już równie ambitne jak ich ojciec. A nawet jeszcze bardziej, nie mówiąc już o prawie do uczestniczenia – na równi z mężczyznami - w światowym procederze przerabiania słomy na złoto (i nie chodzi tu bynajmniej o surowce wtórne!) Z własnego wyboru mogą już iść na dwór władcy – uzbrojone w liczne certyfikaty od Titeliturego – aby ofiarować mu swe fachowe usługi. Kto by je zmuszał, skoro tyle jest chętnych, że pchają się drzwiami i oknami! Same się zmuszają, same oddają swoje dzieci, a o to wszak chodziło! Karzeł wraz z chciwym władcą podają sobie rączki: jeden ma forsę i pozorną władzę, zaś drugi „żywe istotki”, czyli realną władzę. Ależ udana z nich para, jakże sobie zwojowali ten świat! Sklonowali się, czy jak? Bo przecież nikt ich nie rodził, a coraz ich więcej, wszędzie się wpychają. Prawdziwi z nich globaliści, nie ma co.
A niech to szlag! Przecież nie tak to miało być! I nie takie wnioski miały wyniknąć z tej baśni, zupełnie nie takie! Miały być pozytywne, otuchę niosące, że to baśń profetyczna, na nasze czasy czekająca, na wyzwoloną królową, dla której ma jasny przekaz, wręcz instrukcję obsługi Titeliturego! Instrukcja jasna, wypróbowana, tylko że królowej nie widać, w tym cały kłopot.

Gdzie jesteś, Królowo?
Ty, która jesteś panią swojego życia, która znasz swoje królestwo, wszystkie istoty i moce, jakie w nim zamieszkują, gotowa chronić je przed tymi, którzy chcieliby je zniewolić i użyć do swoich celów. Bo przecież żywa istota nie żyje po to, aby jakimkolwiek i czyimkolwiek celom służyć, ale dla szczęścia swojego żyje, dla radości i pełni życiem swoim własnym, której jej tylko przynależy, nikomu więcej. Przecież sama królowo wiesz, co ja ci będę mówiła, sama wiesz najlepiej, jak chronić dziecko przez ciebie zrodzone, radość twego życia, źrenicę oka, serce twego serca. Przecież dobrze wiesz, o czym mówię. Przecież urodziłaś się z tą wiedzą, zapisaną w twoim brzuchu, w sercu połączonym z brzuchem, w głowie nie-oddzielonej od serca. W połączeniu twoja królowo siła i twoja mądrość. W jedności z samą sobą, tą właśnie, którą teraz jesteś, nie inną. Nie musisz o nią zabiegać, nie musisz udawadniać jej wartości – ani sobie samej, ani tym, którzy oparli porządek świata tego na przemocy. Na tej jawnej – jak król i tej ukrytej – jak Titelitury. Nie z przemocy płynie twoja moc królowo, dobrze wiesz o tym, więc tylko o to cię proszę, abyś była w zgodzie ze swoją wiedzą i jawnie siebie samą zapytała, co jest dla ciebie naprawdę ważne w tym życiu, ważniejsze „niż wszystkie skarby tego świata”.
Nie musisz robić wielkiej rewolucji, z nikim walczyć, nikogo zabijać, wystarczy, że nie zdradzisz swojego pytania, nie odłożysz na potem, czyli na nigdy, że pójdziesz za nim tak daleko, jak ono cię poprowadzi. Bo ono nieuchronnie prowadzi do działania, ba, ono samo jest już działaniem, jak pokazuje historia młodej królowej – najszlachetniejszym, najbardziej radykalnym i skutecznym ze wszystkich, jakie kiedykolwiek pojawiły się w tym królestwie. Wystarczy, że będziesz świadoma, jak mało zostało ci czasu: trzy dni i trzy noce – nie więcej.
Zacytuj artykuł

Skomentuj
Napisz komentarz
Imię:
Tytuł komentarza:
Treść komentarza:

Ochrona:* Code
Wyślij